poniedziałek, 30 marca 2015

JODI PICOULT "GŁOS SERCA"

Proza Jodi Picoult stanowi przykład znakomitej literatury obyczajowej, pogłębionej o wnikliwe analizy psychologiczne oraz wyraziste, niezwykle celne obserwacje socjologiczne oraz antropologiczne. Pisarka z wielkim zaangażowaniem śledzi transformacje, zachodzące w obrębie mentalności amerykańskiej klasy średniej, eksploruje mechanizmy, którymi rządzą się relacje interpersonalne oraz wewnętrzna konstytucja uczuć. Bohaterowie jej powieści obdarzeni są klarownie zarysowaną osobowością oraz kompatybilnym z nią charakterem. Są czytelni, precyzyjnie skonstruowani i pozbawieni cech papierowej osoby dramatu. Historie, opowiadane przez nich lub o nich są spójne, rzetelne i wiarygodne. Dzięki temu można odnieść wrażenie, że czytamy o sobie lub o ludziach zza płotu. Emocjonalne zawirowania, stanowiące fundament prozy Picoult, są przecież identyczne pod każdą szerokością geograficzną.

W polifonicznym „Głosie serca” mamy szansę obserwować powieściowe wydarzenia z różnych perspektyw. Otwiera się przestrzeń wewnętrznych poszukiwań każdego z bohaterów. Diariusz biografii każdego z nich ma do opowiedzenia inną historię, nawet, jeśli konstytuujące ją wypadki, ich natura i miejsce dziania się przylegają do życia innego bohatera. To powieść drogi – przez świat do siebie i Drugiego, przez siebie w stronę świata. Nie każdy wychodzi z niej zwycięsko. Może nikt. Może i tryumfy są iluzją, którą chce się za wszelką cenę zatrzymać i zaufać jej. Picoult nie zostawia złudzeń: każdy potrzebuje skały, o którą mógłby się oprzeć. Jeśli nie znajdzie jej na zewnątrz, musi zbudować tę opokę w sobie. Zanim się rozsypie. Nie zawsze udaje się zdążyć.

Jane. Kłótnia małżeńska. Nic takiego. Wszystko. Torba, samochód, ucieczka. W towarzystwie wiernej córki Rebeki, która nie chce stawać po żadnej stronie w absurdalnym konflikcie (wszystkie małżeńskie tąpnięcia są absurdalne), ale zdaje się kierować mądrością, której matce zabrakło. Próbuje jej pilnować. I chronić. Nastoletnia Rebeka ma do tego wszelkie predyspozycje. Obdarzona bujnie rozwiniętą inteligencją emocjonalną, rozsądna i zrównoważona, dojrzalsza jest od obojga swoich rodziców. Niestety, pomóc im nie może. Co więcej, przed ich krótkowzrocznością, egoizmem i głupotą nie będzie w stanie obronić nawet siebie. Rodzice znajdą do siebie drogę po trupach miłości. I ludzi. I jak dzieci w piaskownicy, którym udało się odebrać rywalowi łopatkę, będą czuli się arcymistrzami życia. A ta, która jest w powieści najważniejsza, zostanie z przetrąconym sercem i z koniecznością wybaczenia głupiej matce. Jeśli tego nie zrobi, jej życie z rodzicami stanie się nie do zniesienia. Rebeka to wie. Rebeka zdaje się wiedzieć więcej i przenikać głębiej niż wszyscy dorośli razem wzięci.

Nie lubię Jane. Infantylnej, próżnej, roszczeniowej lalki. Nie lubię Olivera, jej męża, który mógłby nosić imię Humbak, bo poza humbakami nic go nie zajmuje, nic nie potrafi zaangażować na tyle, by podjął realną walkę i poświęcił to, co najcenniejsze: czas. Zawsze będzie w rozdarciu, zawsze pierwsza myśli gna ku humbakom. O zbiegłą Jane wojuje siłą inercji i męskiej dumy. Miłość? Została przy śpiewie humbaków.

Tymczasem Jane ucieka. Wiezie Rebekę przez wielkie przestrzenie Stanów do odległej farmy, na której pracuje jej brat Joley. Biedny Joley! Gdyby wiedział, że Jane to zagłada! Gdyby wiedział, że pojawienie się siostry w proch rozsypie spokój farmerskiego życia. Nie tylko jego życia. Jane z rykiem trąby powietrznej przetoczy się po życiu trzech mężczyzn. I zostawi za sobą zgliszcza. Joleya tylko zawstydzi, Sama (farmera) rozkocha i zostawi jak ochłap, Headleya (pomocnika) strąci w przepaść bez odwrotu. Headleyowi odbierze wszystko.

Oliver się miota, długo się miota, za długo. Ale zdąży dopełnić rozpoczęte przez Jane dzieło zniszczenia. Wróci w samą porę. Jane bawi się sercem Sama jak trofeum. Piękna, żywa zabawka. Sam czeka. Sam łudzi się, że Jane jego wybierze. Ale Jane nie wybiera nikogo poza sobą. Wygodne życie, tylko to się liczy. Nikogo nie dziwi, że kiedy Oliver porzuca humbaki i przyjeżdża po żonę, żona z miną obrażonej gwiazdy spalonego teatru wraca na łono małżeńskiej rutyny.

I Rebeka. Nastoletnim sercem pokochała dojrzalej, niż jej rodzice kiedykolwiek by zdołali. Z wzajemnością. Po to, żeby stracić. Najdosłowniej stracić. Bez odwołania. Za miłość czekała tylko jedna nagroda. Urwisko. Lot z urwiska. Nie jej, ale była tam, szybowała w bezpowrotność. I tylko dla Jane i Olivera, sprawców nieszczęścia, świat mógł wrócić do dawnego rytmu, wpasować się w utarte koleiny. Nie dla Rebeki. Rebeka sprzed podróży już nie istniała.

Pomyślcie: ocaleć z katastrofy lotniczej tylko po to, żeby własna matka zrujnowała ci życie. To dopiero ironia. I nadal jesteś dzieckiem tej głupiej kobiety. I nie przestaniesz nim być. W rozbłysku objawienia widzisz dwie prawdy: czasem lepiej zginąć niż ocaleć i strzeż się głupich ludzi, bo są niebezpieczni. Ostateczny morał jest nadzwyczaj okrutny: twoje przeżycie może być przepustką do „losu gorszego od śmierci” (ci, co czytali Vonneguta wiedzą, co to oznacza).

Rebeka jest więźniem nieprzemyślanych decyzji Jane. Jest jej niezawinioną ofiarą.

Nie słyszymy głosu Headleya. Jodi Picoult nie pozwala mu mówić. Może dlatego, że jego droga kończy się na kartach powieści. Nie wyjdzie poza nią. Nie może. Jego głos uwiązł w sercu i pamięci Rebeki. Tam jest bezpieczny.

Nie zawsze głos serca jest tym, którego warto słuchać. Niekiedy zwiastuje najlepszą przyszłość. Czasem zapowiada nieszczęście.



piątek, 27 marca 2015

ŻANNA SŁONIOWSKA "DOM Z WITRAŻEM"

Oto powieść tryumfatorka w konkursie zorganizowanym przez wydawnictwo ZNAK Literanova. Powieść, która pokonała tysiąc rywalek. Pokonałaby i milion.

Żanna Słoniowska snuje swą opowieść o Lwowie, miłości i sztuce z koronkową subtelnością, z czułą miłością do żywiołu słowa. Splata warkocz zdarzeń nostalgią. W tęsknej pieśni czasu i kruchej mozaiki tytułowego witraża. Powieść dzwoni jak dumki ukraińskie, śpiewane świetlistym głosem Anny German. Pobrzmiewa w niej echo lwowskich tęsknot Mariana Hemara i widać ślady mistrzów rosyjskiej prozy. Pachnie Dostojewskim, Tołstojem, Gorkim. Pachnie albo dźwięczy. I nie da się czytać tej książki pospiesznie. Jest jak spacer plażą w zmieniających się porach roku. W słonecznym brzasku i w poświście burzy. Spacer powolny, mimo upału, mimo błyskawic. Tylko emocje podczas lektury przelewają się kaskadami, z rykiem. Taranują.

W domu z witrażem mieszka historia. Historia Lwowa, Ukrainy i trudnych relacji między kobietami czterech pokoleń. Witraż rodzinny trzeszczy, rozpada się, skleja na nowo. Nie będzie mandalą, nie dopasują się do siebie konstruujące go żywioły. Jego czas się kurczy. Mówił, że jest Lwowem. Mówił, że jest Ukrainą. Życiem. Był sercem kamienicy. Był świadkiem miłości. Pod nim uczucia się rodziły, umierały i wracały. Az do chwili, kiedy świat czterech kobiet rozpadł się. Los witraża został przesądzony. Zdemontowany, przeniesiony, naprawiony będzie własnym grobem, bo nic z tego, czemu zaświadczał już nie zostało.

Ukraina Żanny Słoniowskiej jest kobietą, Lwów nieodgadnionym mężczyzną. Trzeba go rozpoznać, odtajemniczyć. Szarpany wojnami, pogruchotany od wewnątrz. Każda nacja chce go dla siebie. Ludzie noszą go w sobie, taki zdewastowany, taki dla nikogo, zawsze pomiędzy. Może dlatego Lwów zaczyna protestować. Opadami… balkonów. Kruszy się, jakby pytał, do kogo należy? Do jakiego kraju, do jakiego narodu? Szuka swojej tożsamości. Szukają jej również bohaterki. Miasto kuleje. Kuleją kobiety. I Historia.

Miasto opowiada o zagubionej tożsamości. Indywidualne biografie zamknięte są w witrażu. W pejzażu z drzewem, rosnącym nad jeziorem, u stóp gór. W tym krajobrazie mieszkają cztery żywioły. Cztery uosabiające je kobiety są bohaterkami powieści Żanny Słoniowskiej.

MARIANNA (OGIEŃ).

Marianna jest najważniejsza. Wszystko, co dzieje się pomiędzy kobietami, dzieje się wobec niej. Marianna wybiera własną drogę. Najpierw drogę sztuki, potem walki. Dziecko się zjawia, mężczyźni bywają. Dla Marianny celem i sensem oraz jedyną miłością jest Ukraina. Dla Ukrainy walczy i dla niej ginie. Przyodziewa ją pośmiertnie skrwawiona flaga, splamione „niebo i kłosy”.
    Marianna wbiega w życie innych jak pożoga, zostawia głębokie ślady, ale w żadnym sercu nie cumuje. Ojciec jej córki był jak mgnienie, jak sen. Jak poezja, która ich połączyła. Rozpłynął się, pozostawiając pamiątkę w jej łonie. A potem Mikołaj. Spotkania w jego pracowni. Ona zawsze w półnucie. Bo zaraz trzeba biec. Bo trzeba walczyć. Mezzosopranem. Nigdy milczeniem. Mikołaj jest bezradny wobec jej niezłomnej woli i bezradny pozostanie. Tak jak Prababka, której tyranię Marianna przełamała, wybierając sztukę. Tak, jak Córka, która w dni bez matki otula się jej zapachem. Wchodzi do jej łóżka, układa się w jej pościeli, do jej snów przenika, wtula w prześcieradła, jak w mit obecności.
     Marianna wymknęła się wszystkim. Mikołaj, nie mogąc zatrzymać jej za życia, składa hołd pośmiertny. Płaskorzeźbą honoruje. A obok żona. A obok córka Marianny. Żadna nie znaczy ani tyle, ile powinna, ani tyle, ile by mogła. Istotna jest tylko Marianna.

STANISŁAWA (POWIETRZE).

Prababka. Jest jak zefir i orkan w jednym ciele. Potrafi ocalić. Potrafi zniszczyć. Zamyka drzwi w od lat ustalonym porządku, rytualnie. Chroni się w iluzji bezpieczeństwa, odkąd jej męża wywieziono na Sybir. Poddaje się dopiero w dniu śmierci Marianny, jakby mówiła: „Więcej nie możecie mi odebrać”. 
    Stanisława zazdrości Mariannie. Odwagi. Siły charakteru. Tego, że w sztuce poszła drogą, która jej była przeznaczona. Mezzosopran Marianny trafił do opery, Stanisławy zatrzymał się w chórze. Muzyka ma dla niej smak nieszczęścia. W chórze poznała przyszłego męża. Splotły się ich głosy. Na zbyt krótko. Potem dźwięki muzyki mogły już tylko boleć.
     Bolała muzyka i bolało serce. Każda miłość wiodła Stanisławę do rozpaczy. Był niemiecki jeniec wojenny, który oddawał cześć jej ciału, ale uczucia pozostawiał przed progiem mieszkania. Był Aleksander, kierownik lwowskiej orkiestry garnizonowej, którego podarowała własnej córce. Za przyjęcie tego swoistego podarunku mściła się na obojgu długo i skutecznie.
     Prababka żyje niejako poza nawiasem rodziny, choć pozostaje w tym samym domu. Może tylko złorzeczyć, albo mówić o Bogu. Po polsku. Czy Jezus, opowiadany po polsku, autentyczniej cierpi?
     Jedyną osobą, która chce słuchać Stanisławy jest prawnuczka. Prawnuczka, która przemyka do niej ukradkiem, pod nieobecność Marianny. Prawnuczka, która chce wiedzieć, znać, zrozumieć emocjonalny huragan dziejący się pomiędzy pozostałymi kobietami. Tyle, że Stanisława woli się modlić. Albo przeklinać. Albo milczeć. Zamyka się w niepogodzeniu, goryczy, niespełnieniu. Tak żyje, tak mija.

ABA (WODA).

Babka. Jest jak rzeka. Płynie, kołuje, nawraca. Gorzkim nurtem. Dźwiga obelgi Stanisławy, niepokorność Marianny, wzrastanie wnuczki. Dźwiga dom ze wszystkimi konfliktami i cyklonami.
     Aba, podobnie jak Stanisława, zazdrości Mariannie, że poszła własną drogą, że nigdy nie opuściła czoła, nie ugięła się pod niczyją wolą. A zwłaszcza, że nie ustąpiła Prababce. Ona nie miała tej odwagi. Chciała zostać malarką, ale uległa matce i skończyła jako lekarka. Teraz maluje na złość, maluje zielonowłosych Chrystusów. Zamalowuje tęsknotę, której nie da się ukoić.
     Aba musi dokonywać trudnych wyborów. Nigdy nie staje po stronie Stanisławy, bo zawdzięcza jej jedynie cierpienie. Wybiera Mariannę. Potem wnuczkę. Przymykanie oka na wizyty dziecka w pokoju Prababki są podarunkiem dla wnuczki. Wyłącznie. Stanisława jest jak żywe świadectwo nieudanego życia Aby. Jak krzyż, na którym od lat krwawią jej uczucia. 
      Pojawienie się Mikołaja, jego powrót do życia kobiet cieszy Abę. Mikołaj jest cieniem przeszłości, dzięki któremu pamięć o Mariannie nabiera intensywnych barw. Ale potem, gdy się Mikołaj nazbyt silnie zakotwicza w życiu wnuczki, Aba tężeje. Aba wie, że takie historie nigdy nie kończą się dobrze. Kochanek, jako legat jest fatalną wróżbą.
      Aba umiera tak, jak żyła. Gwałtownie. Wylew przelewa Abę przez jej własne, postrzępione, okaleczone brzegi. Zostaje tylko wnuczka.

NARRATORKA (ZIEMIA)

Narratorka. Wnuczka. Bezimienna. Jakie mogłaby nosić imię, skoro mieszkają w niej Stanisława, Aba i Marianna? Powtarza ich losy. Ich wszystkich. To wystarczy. Ale jest Ziemią w witrażu. Drzewem jest. Szansą, że się nowe stanie. Dobre czy złe. Inne.
Pod jej sercem bije serce Marianny. Mezzosopranowo. Ani tego dźwięku, ani tej bliskości nie powtórzy w życiu dziewczynki żadna kobieta. Matki są niezastępowalne. Nie chce się z matką rozstawać. Nie chce jej pożegnać. Nie pożegnawszy, nie może odkryć własnej tożsamości. Człowiek bez tożsamości na zawsze pozostaje bezimienny.
    W dniu pogrzebu Marianny, osierocona dziewczynka krwawi w kobiecość. Samotnie. Musi znaleźć gdzieś port, aby tę kobiecość określić. Nie szuka przypadkowej przystani, ale takiej, w której pulsuje serce Marianny. I znajduje. W Mikołaju. Splatają się dzwoneczki mezzosopranu w dwóch porzuconych sercach. Zwłaszcza, że porzuciła je ta sama kobieta.
    Narratorka poznaje z Mikołajem Lwów. Poznaje też własną matkę, zamkniętą w jego pamięci. Jej intymność z Mikołajem dzieje się w tym samym pokoju, w tym samym łóżku, gdzie wcześniej było miejsce Marianny. I nadal jest. Ani ona w Mikołaju, ani Mikołaj w niej nie odnajdzie Marianny. Nie zbudują miłości z postrzępionych, porysowanych, naznaczonych fragmentów witraża. Miłości się nie dziedziczy. A duch Marianny nie przestaje się snuć, nie przestaje zaznaczać swej obecności.
    Głos Marianny wracał Mikołajowi obraz dzieciństwa w karpackiej wiosce. Obrazy jej córki nie mają takiej mocy. I nie ma takiej mocy jej serce. Choć oboje służą sztuce, choć sztuka jest między nimi i w nich, mogą sobie tylko opowiedzieć miasto. Życia nie opowiedzą.
    „(..) należy strzec się ludzi, którzy mają moc zmiany twoich wspomnień”, powiada Narratorka. Mikołaj tego nie uczyni. Portret Marianny pozostał nieskażony. Emanacja jej osobowości już rozkwita w narratorce. W córce. Samotnie. Samotność jest dziedziczna.

Historia zmierza na Majdan. Inkarnacja Marianny idzie na barykady z komórką. Każda epoka ma swój oręż.

***

   Powieść Żanny Słoniowskiej jest zjawiskiem absolutnie oryginalnym. Ustanawia nową jakość, nowe płaszczyzny dla literackiego dyskursu. Warto się w niej zanurzyć.




               
   ZA MOŻLIWOŚĆ PRZECZYTANIA KSIĄŻKI DZIĘKUJĘ




wtorek, 24 marca 2015

SABINA WASZUT "ROZDROŻA"

Książka nominowana do Literackiej Nagrody Europy Środkowej. Mogłaby i do NIKE. Mogłaby i gdzieś wyżej się piąć, bo warsztatowo już się wzniosła na wyżyny dla wielu nieosiągalne.

Prosta wojenna historia. Historia miłości Niemki i Polaka. Na Śląsku się dzieje i głównie Śląska dotyczy. Górnego Śląska. I może trudniej tam tej miłości dziać się niż gdzie indziej. I może tu jest pierwszy pies pogrzebany. Bo miłość jest najpierw, ale obok niej istnieją zjawiska ważkie, którym Sabina Waszut poświęca tyle uwagi, aby nie było wątpliwości, że należy o nich pamiętać. W perspektywie historycznej i dziś.

Górny Śląsk. Sophie i Władek. Nikt ich miłości kłód pod nogi nie rzuca, choć nie budzi entuzjazmu ani po jednej ani po drugiej stronie rodzinnej barykady. Ta barykada jest krucha, rwie się. Wojna porwie ją ostatecznie. Na wojnie wszyscy są ofiarami. I wojna jest pierwszą i jedyną kłodą, która miłość podcina. Władka pogna najpierw pod polską banderą, potem łupnie obuchem i do Wermachtu wcieli, wreszcie w szeregi oddziałów Andersa wrzuci. I po całej Europie miotać nim będzie. I tylko polskość ta sama, nie mniej intensywna niż przed wojną, pulsuje w nim, nie milknie. I miłość do Sophie, pożegnanej tak niedługo po ślubie.

Na Górnym Śląsku w międzynarodowym młynie Ślązak, Niemiec i Polak żyli jak bracia, dopóki wojna im nie powiedziała, że wrogami są i przede wszystkim wrogami samych siebie. Bo kimże są w istocie? Tylko Ślązacy znają własną tożsamość. Ślązacy nie są Niemcami, ani Polakami. Są Ślązakami. Ich język jest śląski. Ich mentalność jest śląska. A tu mówią im, że mają uciekać, że mają się ewakuować, bo jeśli nie z jednej strony okupant, to z drugiej „zbawca” w śląskość ich mierzy. Niemiec, do wczoraj brat, dziś jest agresorem. Rosjanie, co to mieli wyzwolić, gwałt zadawać przyszli. I tylko gwałt.

W wojennym tyglu Sophie. Niemka. Ślepo zapatrzona w wąsik Hitlera i zasłuchana w jego zaklęcia. Długoletnia indoktrynacja odebrała jej zdolność myślenia. Sophie nie myśli. Nie analizuje. Wierzy. Dopóki nie zobaczy żniwiarzy w mundurach SS, dopóki nie obejrzy ich plonów. Dopóki nie poczuje mdlącego zapachu śmierci. Ale zanim to nastąpi, Sophie przerzucą do Pszczyny, do ratusza. Stenotypistką będzie w urzędzie miejskim. Stamtąd będzie tęsknić. Stamtąd będzie o Władku marzyć. I o życiu po wojnie, które nie wiadomo, jakie ma szanse się zdarzyć. I bronić się będzie przed Erykiem Lanxem, okulawionym przez życie; przed Erykiem, który swoje pogruchotane serce chciałby jej potłuczonym sercem zaleczyć. Nie zaleczy. Sophie jest niezłomna w miłości i dla niej przez ośnieżone pola, wprost z bydlęcego wagonu, wiozącego pszczynian na poniewierkę do Czech, do Katowic pójdzie. I przetrzyma każdą napotkaną śmierć. I Rosjan, przed którymi obroni ją pordzewiała wanna. Szkoda, że tych wanien nie starczyło dla jej siostry i dla innych dziewcząt.

A potem wrócił Władek. „Teraz” nabrało sensu, choć nie był to sens łatwy do nazwania. Trzeba się przecież do siebie na nowo dopasować. Trzeba się poznać od nowa. Przecież poślubionych Władka i Sophie już nie ma. Wojna ich napiętnowała. Tak, jak piętnuje śmierć.

Książka dzieje się na przestrzeni lat przedwojennych i wojennych. W prologu i epilogu dotyka współczesności. Osiemdziesięcioletnia Sophie wraca do korzeni. Odzyskuje domy, należące niegdyś do jej ojca. Odzyskuje – i może odczarowuje – przeszłość. Każde rozdroże daje przecież szansę. Stawia człowieka w kręgu wolności. Daje wybór.

W „Rozdrożach” emocje przelatują jak wicher nie w słowach, ale gdzieś ponad nimi. Kłębią się w spacjach, w oddechach. Język opowieści jest chłodny, bardzo konkretny i esencjonalny. Jak wystrzał z karabinu. Serie. Raz po raz. Spiętrzony, nabrzmiały sens. Tylko. Bez śladu szminki, bez melodramatycznych uniesień.

Jeszcze jedno wyróżnia pióro Sabiny Waszut. Każda postać, pojawiająca się na kartach książki ma wyrazisty rys psychologiczny. Każda mówi własnym językiem.  Schodzi z kart powieści i siada przy naszym stole. Widzimy ją poza historią. I po zamknięciu książki pamiętamy, że poza Władkiem i Sophie, poza Erykiem, były jeszcze przyjaciółki Sophie: Truda, Gerda i Marika. Był wiecznie zatroskany ojciec, udręczona matka, siostry: Agnes i Helenka i Antek, najmłodszy brat. Była nieodgadniona teściowa, co to raz łajała, raz do łona tuliła. Była babcia Zającowa, z posterunku parapetowego podglądająca świat. Była dziewczyna ratująca życie Sophie i ratujący jej życie Niedźwiedź. Byli inni. Nikogo przypadkowego. Nikogo zamiast.

Z „Rozdroży” nie wychodzi się cało. Ale z pewnością wychodzi się z nadzieją.

piątek, 20 marca 2015

JANE AUSTEN "DUMA I UPRZEDZENIE"

Ta historia znana jest wszystkim. Nawet tym, którym podobne opowieści są najzupełniej obojętne. A jednak jakiś wewnętrzny imperatyw pcha mnie ku tej szlachetnej literackiej wysepce.

Proza Jane Austen z cudowną finezją oddaje społeczny i obyczajowy klimat dziewiętnastowiecznej Anglii. Tę wyrafinowaną aurę niepospolitej próżności, narcyzmu, przyziemnych ambicji i wygórowanych roszczeń.

Lizzy Bennet można wyłącznie współczuć. Jej sokole wewnętrzne oko doskonale rozpoznaje niuanse mentalności każdego członka rodziny oraz otaczających ich przyjaciół. I nie ma czym się zachwycić. Matka oraz jej sąsiadki mają na uwadze wyłącznie jak najkorzystniejszy mariaż córek, siostry albo są emocjonalnie wycofane albo nadpobudliwe, ojciec ucieka do biblioteki albo gdziekolwiek, byle dalej od swej mało udanej rodziny. Najstarsza siostra (Jane) tak skutecznie opancerza swoje uczucia, że odstrasza upatrzonego kawalera, a jego przyjaciela (tak, tak, pana Darcy) utwierdza w przekonaniu, że należy biednego chłopaka chronić przed fatalnym wyborem. Jedna z sióstr młodszych  (Mary) pozuje na intelektualistkę i nieustannie zadręcza wszystkich swoją pseudo filozoficzną logoreą. Dwie kolejne (Lidia i Kitty) myślą jedynie o pieszych eskapadach do pobliskiego miasteczka, w którym stacjonują oficerowie. Oficerowie to ich jedyna pasja. Rozkochać, usidlić, poślubić. Ach, poślubić oficera!

Biedna, biedna Lizzy z rosnącą desperacją obserwuje kompromitujące zachowania rodziny i traci nadzieję na przyszłość obdarzoną jakimkolwiek sensem. A tu jeszcze ojciec wygłasza tezę swej stoickiej filozofii: „Po cóż innego żyjemy, jak nie po to, by być przedmiotem rozrywki naszych sąsiadów i z kolei sami śmiać się z nich”. Na takie dictum Lizzy nie odpowie. Zwłaszcza w chwili, gdy Lidii udaje się wreszcie upolować wojaka, uciec z nim i okryć rodzinę hańbą wiekuistą. Tymczasem Janeopłakuje stratę, do której sama się przyczyniła, odstraszając wielbiciela wyuczoną obojętnością i chłodem.

Lizzy patrzy, Lizzy słucha i ma najserdeczniej dosyć. Zwłaszcza, że sama nie wie, co ze swoim sercem począć. Serce nieposłuszne leci na oślep za panem Darcy. Lizzy jest dumna, pan Darcy zdaje się być uprzedzony. Ma ku temu powody rozmaite. Odpycha go niepojęta głupota matki Lizzy, zwodnicza obojętność Jane, trzpiotowatość młodszych dziewcząt, skandal spowodowany przez Lidię, uparte monologi Mary. Ale pan Darcy kocha Lizzy i nie zamierza z niej rezygnować. Nie zrezygnuje nawet pod presją apodyktycznej ciotki, lady Katarzyny, której wątłej córce został ongiś przyrzeczony. Ciotka z piekłem w oczach przybędzie i piekłem będzie Lizzy straszyć. I tak się miotają,Lizzy i Darcy. I już nie wiadomo, czy w tej żurawio-czaplej udręce on jest uprzedzony, a ona dumna, czy ona uprzedzona, on dumny, czy może oboje tę dumę i uprzedzenie dzielą po równo. A kiedy już się zdecydują, kiedy pośród fantastycznej nudy balów i podróży, pogodzą Jane z jej ukochanym, a siostrze marnotrawnej podścielą jako tako wygodny dywanik, sami będą mogli zająć się reanimacją nadszarpniętych uczuć.

Wszyscy wiemy, jaki z tego morał. I wszyscy znamy finał. Ale, kto książki nie czytał, nie wie, że matka Lizzy, choć powinna ostatecznie odzyskać spokój i utemperować nieco swoje histeryczne usposobienie szczęściem trzech córek, „pozostała jednak niekiedy nerwowa i zawsze głupia”. Nielekki to garb dla mądrej Lizzy, zwłaszcza, gdy ma się u boku dumnego i uprzedzonego męża i samej jest się do niego podobną.

Wielka to sztuka oddać i aurę czasów i charakter bohaterów. Wszyscy, bez żadnego wyjątku, są tak genialnie skonstruowani, tak psychologicznie pogłębieni i tak wiarygodni, że człek się poczyna głowić, czy to rzeczywiście jedynie postaci literackie, czy może realne osoby w książce uwięzione.

Zamykam „Dumę i uprzedzenie” zawsze z wielką melancholią. Kto w obecnej Epoce Wielkiej Grafomanii potrafi tak opowiadać? 

czwartek, 19 marca 2015

DOROTA GĄSIOROWSKA "OBIETNICA ŁUCJI"

Oto książka rekomendowana przez Beatę Tyszkiewicz. Na opasce notka wydawnicza: „Nowa mistrzyni powieści obyczajowej” i „Obiecujemy, że ta książka cię zachwyci”. Czytelnicy opiniują ją z zachwytem. Sięgam po nią z nadzieją, że będzie mi dane go podzielić.

Myślałam: ot, lekka lektura podróżna. Wdzięczny język, historia z potencjałem. Po kilkudziesięciu stronach lingwistyczna ekwilibrystyka, okulawiona brakiem korekty, zaczęła mocno uwierać. „Rządza przygód” czytam, przecieram oczy, patrzę raz jeszcze, nie wierzę. Nie dowierzam, że filia prestiżowego wydawnictwa publikuje z błędami ortograficznymi. Jednak ta żenująca gafa stanowi szczyt góry. Pod nim rozpościera się rozległa przestrzeń błądzenia w żywiole słowa. Korektor zaspał. Zaspała Autorka.

To nie jest powieść. To zły sen. Nie sprawia żadnej satysfakcji ustawianie lodowatego strumienia na debiut literacki. Czekałam z recenzją. Dwa tygodnie czekałam sądząc, że emocje się wychłodzą, że choć jeden atut odnajdę, choćby najlichszy punkt zaczepienia. I nic. Wiem, że w oceanie entuzjazmu czytelniczego mój sztylet krzywdy żadnej nie uczyni. Ale zaistnieć musi. Milczenie byłoby świadectwem nieuczciwości.

W tkance powieściowej „Obietnicy Łucji” kryje się cały wszechświat ludzkiego doświadczenia. Nie sposób w obrębie jednej historii ułożyć spoistej mandali z takiej mnogości pomysłów. Bardzo wyraziście zarysowują się kontury kilku książek. Można odnieść wrażenie, że Autorka wykorzystała wszystkie idee, które narosły w niej przez lata przygotowań do pisarskiego debiutu.

Zajrzyjmy do świata Łucji tak, jakbyśmy patrzyli przez oko kalejdoskopu. Traumatyczne dzieciństwo: odejście ojca, depresja matki, dziecko w dorosłym garniturze musi przejąć rolę głowy rodziny, dźwigać życie własne i zrozpaczonej rodzicielki; studia, mąż, kariera; ucieczka do wiejskiej szkółki w Różanym Gaju, jako antidotum na rozpad małżeństwa; uwikłanie w problemy całego świata: tu nachalny kolega, tu gospodyni Matylda i jej rodzinne zawirowania, tu wystraszona uczennica, jej chora matka, jej nieznany ojciec; park i pałac Kreiwetsów z romantyczną historią i licznymi tajemnicami; śmierć, zastępcze macierzyństwo, trudna droga ku spełnionej miłości. Istny festiwal cudów z historią w tle. Dlaczego cudów? Ano: Łucja jest piękna, Łucja ma nieskazitelny charakter i takąż osobowość, Łucja ratuje śmiertelnie chorych obiecując im to, co spełnią za nią inni – ale nadal jej portret nie ma żadnej rysy; Łucja jest niezastąpiona, jako przyjaciółka, jako przysposobiona matka, jako potencjalna żona. Cuda idą dalej: przy Łucji ludzie z bestii przeistaczają się w anioły, ojcowie wracają na łono, marnotrawne córki korzą się we łzach, pałace trafiają we właściwe ręce. Jeszcze mało: w pałacu Łucja zamieszka ze swą wyśnioną rodziną i będą żyli długo i kiczowato. To, co miało szansę być autentyczne, emocjonalne i poruszające, jest ckliwe. I, niestety, przewidywalne.

Łucja, prezentowana, jako niepokalana anielica, tchórzem jest niepospolitym. Ucieka zewsząd. Od tęsknoty za posiadaniem dziecka i od miłości. Wygłusza emocje. Cierpienie matki, nic to. Utracone ciąże, nic to. Spływają po niej jak deszcz: poronienia, rozwód, śmierć matki. Ucieka od nieprzepracowanego dzieciństwa, od nieudanej dorosłości, od wypełnienia woli umierającej Ewy. Wpuszcza ojca Ani do jej życia, ale żadnego z nich nie informuje o łączącym ich pokrewieństwie. Ucieka z własnej biografii i nie wróciłaby, nie weszła na przeznaczoną jej drogę, gdyby nie silniejsze ramiona innych. Łucja uosabia skarlałą kondycję ponowoczesności. Abnegację, miałkość, brak tożsamości. Nie umiem jej lubić.

Dostrzegalna w powieści symplifikacja ważkich egzystencjalnych doświadczeń to cecha dystynktywna kiepskiej prozy. Grafomanii, która usiłuje udowodnić, że gra na kontrabasie w narodowej orkiestrze, nie na cymbałkach ulicznego grajka.

Prośba umierającej Ewy miała w sobie wielki psychologiczny potencjał. Szkoda, że Autorka nie potrafiła go wykorzystać. Szkoda, że go nie dostrzegła. Jak samotny, jak zdesperowany musi być człowiek, jeśli misję odszukania ojca własnego dziecka powierza przypadkowej osobie? Jak zrozpaczony, jeśli obcej kobiecie powierza los córki?

W tej opowieści nikt nie jest autentyczny. Nikt nie jest psychologicznie spójny. Wszystko rozmyte, ledwie naszkicowane, naskórkowe. Jedenastolatka „zaczyna przeistaczać się w kobietę”. Pod jakim względem? Wczesnej menstruacji? Zjeżone włosy podnoszą się coraz wyżej. Żeby było ciekawiej, ta jedenastoletnia „kobieta” jest w powieści jedyną postacią, o której można powiedzieć, że się Autorce mimochodem udała. Jakże mnie to cieszy! Bo nie rzuciłam tej książki w błoto, nie spaliłam, nie oddałam do biblioteki nie tylko dlatego, że Wydawnictwo obiecuje wymianę na inną. Szukałam światła w mrocznej otchłani wybitnej grafomanii. Szukałam czegoś, co pozwoli powiedzieć: „o, to dobre”.

W starannym języku opowieści brakuje lekkości. Jest wrażenie nieustannego, uporczywego cyzelowania. Z którego wynika przede wszystkim żenująca infantylizacja. Oraz archaizacja. Unurzane w sentencjonalności gimnazjalnych zeszytów. Czterdziestokilkuletnia córka Matyldy jest „Antosią”. Myślę „Antosia” i nie widzę dojrzałej kobiety. Widzę dziewczynkę z warkoczykami. Antosia pije „herbatkę” z „kubeczka”. Oraz jest w „stanie błogosławionym”. Nie jest w ciąży, nie spodziewa się dziecka, jest w „stanie błogosławionym”. Drogi Czytelniku, nie uśmiechasz się kpiąco? „Stan błogosławiony”? Czas zwariował, poszybował dwa wieki wstecz? Albo i trzy? Matylda z kolei jest siedemdziesięcioletnią „starszą panią”. I ja sobie tego, Drogi Czytelniku, wyobrazić nie jestem w stanie. Znane mi siedemdziesięciolatki nie mają nic wspólnego ze starością. Na „starszą panią” obraziłyby się śmiertelnie. I słusznie.

Z językiem powieściowym jest jeszcze inny kłopot. Autorka konsekwentnie myli proste zjawiska oraz kwestie fundamentalne: ganek jest wewnątrz domu, a stan zakochania jest tożsamy z kochaniem. No dobrze, Autorce może się wszystko pomieszać, ale gdzie przebywał korektor?

Jeszcze słowo o bohaterach. Z wyjątkiem Ani, wybitnie nieudolni. Same karły: albo pozbawieni wewnętrznej logiki, albo tchórze, albo żałośni nieudacznicy, albo wściekłe smutne, hieny. Jaką szansę ma Ania? Czy wyrośnie na olbrzyma, jeśli otaczają ją pokurcze?

Jak głęboko sięgnął regres w rodzimej literaturze, jeśli prestiżowe wydawnictwo uznaje ramotę za dobrą prozę? Jak nisko sturlał się smak czytelniczy, jeśli konkursowa grafomania budzi powszechny aplauz?

Dezynfekuję się emocjonalnie i literacko. Obmywam Murakamim i Proustem.

środa, 18 marca 2015

HANNA SAMSON "ŻYCIE PO MĘŻCZYŹNIE"


 Muszę umyć zęby. Teraz. Już.

Taka pierwsza myśl. Bo niesmak po lekturze taki, że miotam się w popłochu, czy najpierw te zęby, czy lepiej kawy się napić, otrząsnąć, czy może okno otworzyć, oddychać, czy książkę wziąć inną, jakąś bezpieczną.

Może nie zęby, może od razu prysznic. Ale co ja gadam, miała być recenzja.

Nie umiem wyjść z tej książki, chociaż czuję się nią zdewastowana. Wszystko jest nie takie. Bohaterka jest bardzo dorosła, ale rozprawia językiem nastoletnim. I nie wiadomo, na Boga, nie wiadomo, o co tak naprawdę jej w tej narracji chodzi. Karnawalizacja w natarciu. Tytuł nieadekwatny. Wewnątrz świat do góry dnem i w poprzek. Wszystko porozrzucane, wybebeszone, postrzępione. Ani to dialog, ani monolog, ani polifonia. Jarmark przechodzonych wzruszeń. Odgrzane emocje, poprzestawiane wspomnienia, nie wiesz, czy śmiechem wybuchać czy może zatonąć w rozpaczy. Bohaterka sama nie wie. Niechlujnie o swoim życiu opowiada. I wydumane te historie, biografia wielkiego nieistnienia.

Ba! Tu wszystko jest niechlujne. Chyba z wściekłości. Bohaterka się wścieka na siebie, na życie, na matkę, na ojca, na mężów i nie mężów. Na siebie, że nie panuje nad życiem. Na matkę, że w schematy ją wtłoczyła nie do pokonania; że w rytuały wepchnęła bez odwrotu. Na ojca, że ośmielił się umrzeć. Na gwałt, który zastąpił jej inicjację seksualną, bo nie miała głosu, który by ją obronił, bo nie miała tożsamości, która by się przeciwstawiła przemocy. Na nie mężów, że nie zostali mężami. Na mężów, że sobie takich wybrała. Na dziecko, że go nie urodziła, choć doskonale wie, jakie by było i od dawna ma imię. Na pieniądze, że były, a teraz być nie chcą. Na mieszkanie w mieście, że generuje marazm. Na wiejską „rezydencję”, że rezydencji nie przypomina. Na psy… Nie, na psy się nie wścieka. Ale na wszystko inne owszem. Z Panem Bogiem włącznie. Jeszcze na sąsiada, że przyszedł, albo nie przyszedł. Na nowego mężczyznę, że się pojawia, ale nie do końca tak, jak może powinien. Na pioruny, że nie uderzają we właściwe miejsca. Na historie kryminalne, że się piszą do lustra, na tarasie, nie naprawdę. Wściekłość się spienia. Wulgarna jest. Ta wulgarność może by się obroniła w ramach wściekłości, ale jest tak mizerna, w trzech powtarzających się słowach zamknięta, że może wywołać grymas politowania. Najwyżej.

Pielgrzymka w głąb siebie, ta peregrynacja wielce nieudolna, nie przynosi żadnego efektu, który mógłby czytelnika zadowolić. Pogodzenie? Pies i na spacer, jakby się historia nie opowiedziała. Bo się nie opowiedziała. Wypluła się. Dalekosiężnie. Lepka ślina, zatruta wścieklizną, dosięga czytelnika i jest za późno. Dla wszystkich.

Czytelnik ugodzony strzałami paskudnych emocji, a z historii nic nie wynika. Kram został zwinięty, narracja zakończona, ale po odłożeniu książki wszystko się lepi. I ręce. I pamięć.









wtorek, 17 marca 2015

KATARZYNA GROCHOLA "ZAGUBIONE NIEBO"





Bardzo miło spędza się czas z prozą Katarzyny Grocholi. Miło i refleksyjnie. Można się zamyślić, można się uśmiechnąć, często nawet roześmiać. Rzadko można się zdenerwować. Przyznam natychmiast, że się raz jeden mocno wzburzyłam, zbulwersowałam oraz – najdelikatniej mówiąc – wkurzyłam. Raz jeden i może kiedyś o tym opowiem, ale niekoniecznie.

To jest wprost zachwycające, kiedy o kwestiach prymarnych ludzkiej kondycji i egzystencji, o kwestiach rudymentarnych pisarz prawi i z wielką powagą i nie bez ironii. I z wielkim humorem. To jest wspaniałe, kiedy się człowiek może porządnie wypłakać nad lekturą. I równie porządnie ubawić.

Tom opowiadań „Zagubione niebo” przypomina teksty znane, ale znakomicie wybrane, bo ich ponowne odczytanie nie sprawia żadnej przykrości. Więcej jest jednak tekstów, które w publikacji książkowej pojawiają się po raz pierwszy. Co ciekawe, nie ma wśród nich żadnego utworu, nad którym pokręcilibyśmy głową z niesmakiem lub zażenowaniem, że nieudolny, że niepotrzebny, że miałki.

Jeśli ktoś w tych opowiadaniach chce wytropić ślady pospolitej ramoty, mocno się rozczaruje.  Katarzyna Grochola z grafomanią nic wspólnego nie ma. Nie podejrzewam, by kiedykolwiek mieć zaczęła.

W „Zagubionym niebie” znajdziemy portrety skomplikowanych relacji z samym sobą i z drugim, obcym, jeszcze obcym, już obcym, kochanym, niekochanym, porzuconym, przypomnianym. Portrety relacji i portrety ludzi. Znajdziemy syntezę charakterologiczną obu płci. Możemy się poprzyglądać, możemy się nauczyć tudzież zrozumieć, co w istocie rzeczy dzieli kobiecy punkt widzenia i czucia od punktu widzenia i czucia męskiego.

Bohaterowie opowiadań są uwikłani w miłość albo w śmierć. Albo w śmierć i miłość. Dla wszystkich jest nadzieja, nawet, jeśli oni sami nie potrafią jej odkryć. Niektórzy zamykają szczelnie emocje i ślepną na miłość. Niektórzy się odwracają od miłości. Niektórzy za głupie wybory i ucieczkę z własnego życia płacą jego utratą. Dosłowną. Inni się otwierają, znajdują w sobie odwagę. Mężczyźni myślą wprost i wprost działają, kobiety myślą i działają okrężnie. Mężczyźni rzeczywistość syntetyzują, kobiety analizują. Niekiedy ta synteza i analiza przebiegają na wyrost i wynikają z nich rzeczy nieoczekiwane i niechciane. Wszyscy siedzą na miłosnej karuzeli. Jednych to cieszy, inni walczą z nudnościami. Jedni chcą widzieć, inni chcą się łudzić. Jedni czekają, inni chcą działać. Jedni są wolni, inni uzależnieni. Jedni otwierają drzwi otwarte, inni jeszcze szczelniej zamykają zamknięte. Wszyscy tęsknią. Za miłością, która dźwiga i uwzniośla. Za jednością z drugim. Za spokojem i pewnością. Za spełnieniem. Ich drogi są kręte. Niektórzy sami je wybrali, innym los je zapętlił. Jednych śmierć wiedzie w miłość, innych miłość wiedzie do śmierci. Jedni wędrują, inni przystają, wpatrzeni we własną klęskę. Wszyscy pokaleczeni. I dla wszystkich w zagubionym niebie istnieje szansa uzdrowienia; relacji, serca, życia.



poniedziałek, 16 marca 2015

HARUKI MURAKAMI "NA POŁUDNIE OD GRANICY, NA ZACHÓD OD SŁOŃCA"






- dla Nikoli Kałużyńskiej - 

Murakami jest groźny. Snuje swoje opowieści łagodnie, bez pośpiechu i bez wysiłku. A kiedy zamykasz książkę okazuje się, że pozostały ślady i wyżłobienia, których nie można się pozbyć. A przecież lektura była jak spacer promenadą. Bezwietrzny dzień, idylliczny pejzaż. Morze jak tafla lustra, nieskażona jedną zmarszczką. I nagle, zapatrzony w odległy horyzont, w śnieżne żagle między wodą a niebem, czujesz pomruk rozszalałego tornada. Tornada, które jest w tobie. Musisz przyklęknąć. Kulisz się jak po nagłym ciosie w brzuch. I wymiotujesz. Wymiotujesz życiem: spełnionym, przegranym, może po raz pierwszy przeżywanym tak dogłębnie, pomiędzy milczeniem i krzykiem.

Hajime i Shimamoto. Połączeni w dzieciństwie nieco zuchwałym porozumieniem jedynaków. Hajime zmagał się z kompleksem swej pojedynczości do momentu, w którym pojawiła się Shimamoto. Nie dość, że jedynaczka, to jeszcze jedynaczka dysfunkcyjna. Z kaleką nogą. Odważna, silna, kojąca wewnętrznym spokojem i niezachwianą pewnością siebie. Zawsze z podniesioną głową. Zawsze pod prąd. Przy niej i Hajime wyprostował przygarbione plecy i odczytał jedynactwo jako atut. Dzięki niemu przecież zaprzyjaźnił się z Shimamoto. Zbliżył do niej. Pokochał. Jeszcze mu serce niewiele mówiło, ale zyskał pewność, że Shimamoto jest mu niezbędna. Nie jak siostra. Jak oddech.

Rozdzieleni przestrzenią. Ale nie pamięcią. Pamięć ożywiała portret Shimamoto i nie pozwalała mu zblaknąć. Dlatego żadna kobieta przy boku Hajime nie mogła być bezpieczna. Dlatego ciągle wędrował. Od ciała do ciała, od serca do serca. Szukał mirażu, który zatrzymał się w jego pamięci i nie przestawał dręczyć utraconym pięknem.

Jest Izumi. Dziewczyna, którą Haijme bezmyślnie zdradzi, gdy posłucha zewu ciała. Z jej kuzynką to zrobi. Nie będzie chciał czekać. Nie przewidzi, że dla Izumi doznana krzywda okaże się niemożliwa do udźwignięcia. Nie przewidzi, że cierpienie może unieruchomić ludzką twarz, zahibernować ją w momencie, gdy zraniono serce. A jego porwała przecież tylko wewnętrzna rzeka. Tylko pożądanie. Dla niego „tylko”.

Trzeba powiedzieć, że Murakami znakomicie radzi sobie z językiem ciała, z językiem seksu. Traktuje go w sposób naturalny i mówi o nim naturalnie. Nie szuka nowego dyskursu dla opisu erotycznych relacji. Gładko idzie drogą, na której tak wiele piór trafia na miny.

Wracajmy do opowieści. Jest Izumi, a potem nic. Prawie nic. Studia, nudna robota w wydawnictwie, samotność. Samotność wybrana. Ze wstydu. A może z tęsknoty. Za zranioną Izumi. Za utraconą Shimamoto. Jest zawsze pochmurny wieczór. Wyłącznie.

Wlecze się Hajime przez puste lata, z których nic nie jest godne zapamiętania. Poznaje Yukiko. Yukiko ma zastąpić Shimamoto. Zagłuszyć pamięć. Ona, a później córki. Dwie. Są bary jazzowe zamiast wydawnictwa. Dwa. Jak najdalej od jedynaków. I w jednym z nich nagle pojawia się przeszłość.

Shimamoto wraca. Z zakrytymi kartami. Których nie chce odsłonić. Poza jedną. Odsłania ją przed Hajime, bo Hajime bije w niej, jak ona w Hajime i przed nikim innym nie mogłaby się obnażyć. W rozpaczy po utraconym dziecku. Którego prochy oddaje rzece. Z Haijme u boku.

Shimamoto pojawia się. Znika. Zbliżają się do siebie, zaklinają przeszłość, której zakląć nie można. Nie można wrócić do czasu, który minął. Ten czas jest dla nich więzieniem, oboje się uwikłali w jego zakładkach. Hajime dla przeszłości, dla marzenia gotów porzucić mandalę codzienności, kruchego szczęścia z Yukiko i dziećmi. Shimamoto kusi. Tak kusi. Intymnością nagle darowaną, obietnicą trwania, przyrzeczeniem odpowiedzi na niezadane pytania.

Kusi. I przepada. Rozpływa się. Hajime przeczuwa bezpowrotność tego zniknięcia. Bezradny, zrozpaczony próbuje wrócić do dawnego życia. W którym nie jest łatwo ponownie zacumować. Ciosy zostały zadane. Dzień po dniu spróbuje odczarować teraźniejszość. Z Yukiko. I z BRAKIEM Shimamoto, który z nim zostanie. Z brakiem pełni. Bo Shimamoto… Może odbiegła szukać miejsc „na zachód od słońca”.  A może nie.

Ludzki los zawsze jest naznaczony magią i klęską. Tak stygmatyzuje go miłość.

Po Murakamim: oddychasz. Krajobraz znowu jest spokojny. A ty stoisz nagi i skrwawiony emocjonalnie, jak po cięciu samurajskim mieczem. Ślepniesz od prawdy.

Nie oglądaj się. Idź. Istnieje tylko teraz.

Powroty rzadko bywają możliwe.

niedziela, 15 marca 2015

JOANNA FABICKA "SECOND HAND"






Dlaczego na cześć Joanny Fabickiej nie powstał żaden pean pojąć nie mogę. Coś ktoś docenił, niepospolity talent zauważył, pisarskiego potencjału nie pominął. Że „Second Hand” do żadnego gatunku nie przystaje powiedziano, że się schematom opiera i szufladkować nie pozwala; entuzjazm recenzencki był, owszem, ale niemrawy jakiś, jakby onieśmielony?

Onieśmiela Joanna Fabicka. Udowadnia, że kobieta nie tylko pisać potrafi, ale robi to jak trzeba, po męsku. Mięsistym, esencjonalnym językiem. Konkretnie. Bez nadymania policzków, dzióbków i trzepotu rzęs. Bez lania łez i bez piany z pustki. I tak, że się po zamknięciu książki człowiek podnieść nie może. Ten, co alkoholu nie doświadczył, sponiewierany się czuje. Jakby go Palahniuk w łeb grzmotnął, jakby go Pilch żółtym szalikiem zadławił i logoreą całą noc zadręczał, do namysłu zmuszając.

W kobiecym państwie, w kobiecym Kosmosie, przez kobietę po męsku opowiedzianym duszno jest. Od nadmiaru duszno. Nadmiar hormonalny i emocjonalny targa powietrzem. Patroszy mężczyzn, którzy mają nieszczęście do tego świata trafić. Zwłaszcza, że żaden z nich nie jest właściwy, wszyscy moralnie albo mentalnie okulawieni. Ani do życia, ani do kochania nie dorośli. Nie wkleją się w rzeczywistość kobiet, nie zapełnią pustki, nie napoją sobą, nie nakarmią. Przyjdą, odejdą. Za nimi będą coraz bardziej sczerniałe zgliszcza. Pogniecione ciała. Przetrącone skrzydła talentu. Znieważone życia.

W tym państwie, które w istocie rzeczy jest małym miasteczkiem wszędzie, gdziekolwiek, nigdzie, nie ma miejsca na szczęście. Wszystko jest od zarania dziejów poprzestawiane. Matki rodzą zbyt wcześnie. Zbyt wcześnie rodzą ich córki. Matki odchodzą, córki odchodzą. Córkę wychowują ciotki i ciotki wychowują wnuczkę. Nikt nie wie, gdzie są jego korzenie. Nikt nie wie, kto jest kim dla kogo. Czy jesteś moją siostrą? Czy jestem twoją matką? Czy jesteś moją ciotką? Czy jesteś karłem czy karlicą, kobietą czy w kobiecym ciele zatrzaśniętym mężczyzną?

Przyjaciółki wszystko dzieli. Łączy szafa i w tej szafie schwytany owoc pocałunku. Łączy schowek na Żyda i schwytany w nim ptak śmierci.

Najstarsza matka uciekała i uciekać nie umiała. Młodsza matka uciekła na tyle daleko, że wracając mogła przywlec ze sobą tylko bogato rozgałęzioną kosę. Najmłodsza uciekła blisko. Łatwiej jej było wrócić. Do córki, której nie miała odwagi wyznać prawdy. Do swego, z góry naznaczonego klęską,  losu.

W pensjonacie Second Hand i goście i właścicielki, i rodzina właścicielek są przechodni. Z drugiej ręki. Nieświeży. Niedoprani. Mrok jest w nich, w najjaśniejszej godzinie półmrok. Cecylia mści się za ukradzioną sławę, za przełajdaczony talent i rozkłada nogi przed całym męskim światem. Tak szeroko, jak niegdyś gotowa była otworzyć serce. Edzia, karlica, topi swój statek w coraz większych butelkach, holuje kuchnię, holuje dom, tylko dla siebie nigdzie nie znajduje miejsca. Maria i Marlena uciekają. Róża bujnie rozkwitła na zgubę dla siebie. I dla nikogo. Jovanka i Femi próbują ominąć to zbutwiałe życie. Wyrosnąć ponad nie. Pójść inaczej. Zbudować konstrukcję, która nie runie. Jednak Maria wraca. Maria leci. A z Marią leci rozgałęziona kosa. I okazuje się, że nawet schowek na Żyda nie jest w stanie uchronić przed zagładą.

Ale jest Femi. Femi, która nagle, gwałtowanie wchodzi w kobiecość. Strumieniem tak silnym, że rwące się do dorosłości ciało trzeba koić w szpitalu. I kiedy obłąkany żniwiarz spada z nieba na pensjonat i na kobiecy, od dawna zdruzgotany świat, Femi jest poza jego zasięgiem. Femi ma szansę tak, jak zawsze ma szansę nawet najbardziej upodlona kobiecość. Nie ma takiego piekła, z którego człowiek nie umiałby się wydostać. Femi to wie. Może wstać. Drzwi są otwarte.

sobota, 14 marca 2015

EDYTA CZEPIEL "JASNE, BŁĘKITNE OKNA"


    - dla Pawła Wojciechowskiego - 


Edyta Czepiel napisała książkę na podstawie gotowego scenariusza. Zabieg nader ryzykowny. Mierzyłam się już z takimi kuriozalnymi dziełami. Każde z nich musiałam odchorować. Każde z nich było niepojęcie nieudolne; literackie popłuczyny, grafomański pomiot.

Zaskoczyły mnie „Jasne, błękitne okna”. Ich mistrzowska konstrukcja, głębia psychologiczna, wewnętrzna prawda w oprawie zmysłowego, bujnego języka nie przywodzą myśli o jakiejkolwiek wtórności. To wielkie wyzwanie stworzyć ze scenariusza rzecz osobną, świeżą, niepotrzebującą wsparcia ani pierwowzorem tekstualnym, ani formą wizualną.

Ta książka we mnie zapadła i idzie ze mną tak blisko, że nie jestem pewna, czy to ona niesie mnie w sobie, czy ja ją dźwigam w torbie. Poetyckość mnie uwiodła. Poetyckość, która się nie złamała nawet w obliczu spraw najtrudniejszych. I o chorobie umiała opowiedzieć i dla śmierci właściwe słowa znalazła. I dla miłości.

W „Jasnych, błękitnych oknach” nie choruje tylko ciało. Choruje wszystko. Cały świat zaropiał. Strupy, rany i ropa nawet w delikatnej koronce chmur na pogodnym niebie. Dusza się dusi. Dusza świata. Dusza podzielona na bohaterów, nad którymi nawet łez nie wylejesz, bo już za późno. Długo za późno.

Sygita – co to za imię! – nie może być normalna wedle żadnej reguły, bo w jej domu nic się realiów nie trzyma. Ten dom nie jest uszyty na żadną miarę. Matka – niespełniona artystka. Ojciec - zakochany w drobiu. W kogutach, ściśle rzecz ujmując. Kogutom przyznaje wyższość nad człowiekiem i daje im pierwszeństwo w łożu, przy stole, w sercu. Z nimi rozmawia, je wybiera. Sygita dorasta między goryczą matki a dewiacją ojca. Jej dusza kurczy się i zwija, powoli robiąc miejsce dla niedobrej przyszłości.

Beata – córka trumniarza. Jej ojciec pije i hebluje. Trumny hebluje. Zalewa je spirytusem. Do wewnątrz. Tak przed śmiercią ucieka, dłońmi dla śmierci obstalowując posłanie. Jego żona, pieszczotliwie zwana Panią Pierdolińską, próbuje wychować córki między alkoholem a trumnami. Jest jeszcze Babcia. Babci starcza pamięci na codzienne, nieustanne odszeptywanie pacierzy, ale nie starcza mądrości, by nie błogosławić Beaty barszczem. Barszcz nie zastąpi wody święconej. Krople barszczu na białej bluzce to zła przepowiednia. Wypełni się po latach w powodzi krwi, zwiastującej utratę dziecka.

Jest Marek. Marek nie potrafi wybrać między Sygitą a Beatą. Nie potrafi, bo nic o sobie nie wie. Wie tylko, że wódka smakuje lepiej niż oranżada i że nie podoła temperamentowi Beaty, która swoją przyszłość widzi w wielkim świecie. Marek potrafi uratować dziecko, ale nie umie ocalić własnego życia. Jego prawdy, jego godności. Nie ma w nim miejsca na żadną ze społecznych ról. Nie umie być mężem. Nie umie być ojcem. Potrafi tylko pić. I ranić. Został z Sygitą. Zostając, zrujnował jej serce i osłabił tak, że gładko otworzyła się przestrzeń dla śmierci.

Beata wyjeżdża, Sygita zostaje. Z Markiem, ze zgorzkniałą matką i z kogutami ojca. Potem jeszcze z córką. Z Marysią. Marysia przed nienormalnością domu chroni się w świecie „duszaków”. Wyobraźnia ratuje rzeczywistość.

Beata robi karierę i ucieka. Przed trumnami ojca, przed podległością matki, przed zaśniedzeniem małego miasteczka, przed Markiem. Wraca, kiedy wrócić powinna. Kiedy w głowie Sygity poczyna rozpierać się potwór. Beata walczy o Sygitę jak siostra. Żeby potwora pokonać cyrograf podpisze, sięgnie po antymaterię. Nie wie, że Sygity już nie ma. Poddała się. Cierpienie, które zawładnęło jej ciałem nie dało jej wyboru. A może dało. Może tylko taki.

Kiedy ojciec Sygity gadał z kogutem, ojciec Beaty niósł w deszczu trumnę. Ostatnią sukienkę. Dla nie swojego dziecka.

A potem Marysia. Marysia nie chce Beaty. Najeżona, chropowata. Odsuwa się. Żeby mocniej przylgnąć. Przypomnieć dorosłej ciotce o zapomnianym w niej dziecku. I o tym, które odpłynęło w strumieniu krwi. Marysia zastąpi wszystkie dzieci.

Doznać takiej przyjaźni. Która tylko daje. I trwa. Nawet potem.

***
Warto obejrzeć znakomity film Bogusława Lindy, z Beatą Kawką i Joanną Brodzik w rolach głównych. Warto zwłaszcza, że to jedyny moment, w którym można zobaczyć aktorski potencjał Joanny Brodzik.

http://www.playtube.pl/film,jasne-blekitne-okna-jasne-blekitne-okna-2006.html


piątek, 13 marca 2015

MONIKA SZWAJA "ANIOŁ W KAPELUSZU"






W światach kreowanych przez Monikę Szwaję zawsze jest przytulnie. Co ciekawe, nawet, jeśli powieściowe zdarzenia są w najwyższej mierze nieprawdopodobne; nawet, jeśli podczas lektury człek kręci głową i mruczy pod nosem „to się nie mogło zdarzyć w żadnym czasie”, nie ma ochoty opuszczać tej kawiarni. Bo istotnie, książki Moniki Szwai są jak ulubiona kawiarnia: wpadasz z ulewy, walczysz z wichurą, żeby drzwi domknąć, a tu ciepło, kawa paruje, ludzie przy sąsiednich stolikach uśmiechają się życzliwie. Rozpierasz się w fotelu, przymykasz oczy, kawa rozgrzewa, jest dobrze.

Po lekturze „Anioła w kapeluszu” było mi miękko i radośnie. Zdarzenia nieprawdopodobne, a opowiedziane tak przekonująco, że nagle zaczynasz dawać wiarę, że może, że jednak… I nic tu nie denerwuje. Mimo, że życie układa się w baśniowe fałdki, a bohaterowie są tak nierzeczywiście sympatyczni. Wszyscy są sympatyczni! Ci, co to w pierwszym odruchu budzą grozę, też dają się lubić. Możemy się litować nad ich głupotą, emocjonalną dysfunkcją, miałkością charakteru, ale to wszystko nie przeszkadza darzyć ich sympatią.

Jest sobie Jaśmina, stateczna pani profesor o dziewczęcym duchu. Jest sobie Miron z pokiereszowaną biografią. Jest Jonasz, który wedle swej nadpobudliwej ambicjonalnie matki Andżeli – zwanej nader trafnie Ędżi Piranią – musi być arcymistrzem w każdej możliwej dziedzinie i który, kolokwialnie mówiąc, „przegrzał się”. Miał prawo. Dziecko, które nie ma czasu być dzieckiem, bo musi być omnibusem oraz sportowym geniuszem, ma prawo się „przegrzać”. Ma prawo zdezerterować.

Jonasz dezerteruje w najlepsze ręce. Przez najkorzystniejszą dla niego koincydencję. Przypadki Jonasza rozwijają się bujnie i biorą w nich udział znani czytelnikom prozy Szwai bohaterowie: wiecznie niepoukładana Miranda, poetyczny Sasza, niezastąpiona Lila i pomocny Noel. A wszystko zmierza ku temu, by wyprostować kręte ścieżki Jonaszowych relacji z rodzicami, przy okazji układając los Mirandy oraz wprowadzając Jaśminę i Mirona do nowego, intrygującego etapu życia. Dzieje się wiele i szybko. Dzieje się entuzjastycznie i refleksyjnie. I może nawet Ędżi powita całkiem nowe wcielenie. Kto wie?

Lubię tę książkę, bo jest przykładem prozy obyczajowej, po której człowiekowi, jak Bułeczce z powieści Jadwigi Korczakowskiej „ciepło w sercu”. „Anioł w kapeluszu” to powieść idealna na kiepskie czasy. Odczarowuje złowrogi klimat, reanimuje mizerną kondycję współczesnego człowieka. Dodaje otuchy.


czwartek, 12 marca 2015

MAŁGORZATA MUSIEROWICZ "WNUCZKA DO ORZECHÓW"






O tym, że Jeżycjada powinna być ustawowo narzuconą lekturą nikogo przekonywać nie będę. Już dla Czesława Miłosza było to absolutnie oczywiste i żadnych wątpliwości nie budziło. O tym, że Jeżycjada może uchodzić za Biblię Społeczną, za etyczny kanon pedagogiczny, za nośnik wzorca rodziny dla ponowoczesności także nie trzeba się rozwodzić, bo każdy, kto się z Jeżycjadą zetknął i posiada predyspozycje do rozpoznania jej niepospolitego charakteru, wie o tym doskonale.

Niepokojąco wydłuża się czas oczekiwania na kolejne tomy cyklu. Czyżby Małgorzata Musierowicz była znużona sagą rodu Borejków? Czyżby pustką powiało w Sezamie pomysłów? Przecież tyle furtek pootwierała, tyle niedopowiedzianych zdarzeń, tyle – Ingarden byłby zachwycony! – miejsc niedookreślenia? I cóż? Zamierza zbiec, zostawić głodnych jeżycjadomoanów?

Nie zgadzam się! Pani Małgorzato! Nie zgadzam się! Zrzucam skórę dojrzałej niewiasty i tupię obiema dziewczęcymi nóżkami. Jeżycjada ma trwać! W poetyckim niebie Stanisław Barańczak czeka na jej następne odsłony. Z Miłoszem. Nie godzi się kazać IM czekać.

Wiem, że się naród czytelniczy okrutnie na „Wnuczkę do orzechów” zjeżył. Nie uwiodła, nie oczarowała narodu. Mnie owszem. Mnie bardzo.

„Wnuczka do orzechów” wprowadza do Borejkowskiego kręgu nowe osoby. Osoby wielce interesujące. Persony psychologicznie złożone i w swej swoistości ciekawe. Dorota – tytułowa wnuczka – oraz dwie jej urokliwe babcie niespodzianie i bez udziału jakichkolwiek intencji oraz tym bardziej woli zamieszają w kotle codzienności jak rasowe leśne wiedźmy. A wszystko przez narowistą Idę. Idę, która nawet jako kobieta pięćdziesięcioletnia nie pożegnała temperamentu źrebaka. Idę, która będąc poważną i poważaną panią doktor, poza murami klinik i szpitali oraz uniwersytetów i akademii nie zamierza dorastać. Ida przez wypadek i upadek – czy może raczej dzięki onym? – trafia do domu Dorotki. Za Idą trafia Józef. Za Józefem trafia Ignaś. Ignaś na zawsze pozostanie „miągwą”, o to możemy być spokojni. Doświadczenia życiowe uczą Ignasia na krótko i nigdy rzetelnie. Odklejony od rzeczywistości, pływa w intelektualnej magmie i niewiele jest w stanie dostrzec poza jej odmętem. Kiedy horyzont się wyłania zasłaniają go kolejne lektury, kolejne autorytety. Nauczony jak myśleć, nie został wprowadzony w żywą tkankę egzystencji i w tej tkance zawsze błądzi. Błądzenie jest niejako jego naturą. I powiem to głośno, głośno to napiszę: NIE LUBIĘ IGNASIA. Wkurza mnie. Wkurza mnie literaturoznawczo, czytelniczo i twórczo. Boję się o niego. Że się w końcu naprawdę zagubi. Że go Józef tym razem nie uratuje. Ani nikt inny.

Józef. Podobno Dorotka miała być główną heroiną powieści. Nie dla mnie. Najmocniej przepraszam. Kiedy pojawia się Józef, spadają mi okulary. Nie potrzebuję żadnego wspomagania. Józef jest moją literacką miłością. Czytam, że jest i wiem, że wszystko się wyprostuje. Że supły zostaną rozplątane. Że świat zmierza we właściwym kierunku. Józef to opoka. Rzetelność. Józef to mocne ramię. Był taki od niemowlęctwa. Dacie wiarę? Ale tak było. Solidna konstrukcja. Niezłomna. I uszyta na miarę Doroty. Odbijają się w sobie. Duchowe i charakterologiczne powinowactwa. Oboje muszą mierzyć się z rozbrykaniem Idy i fajtłapowatością Ignasia. Który to Ignaś nigdy i dla nikogo nie będzie Ignacym. Nie w codzienności. W bibliotece, którą nosi w głowie i po kieszeniach może sobie być nawet Panem Ignacym. W życiu do sędziwego wieku pozostanie Ignasiem. Chyba, że mu Autorka jakie galaktyczne trzęsienie ziemi wyrychtuje…

Czy się Dorota i Józef odnajdą? Czy się w tym szaleństwie zdarzeń, co to same nie wiedzą, w którą stronę pędzić, połapią i rozpoznają?

Zobaczcie. Ale zanim, zatrzymajcie się jeszcze w domu Pulpecji i Floriana. Są tu wszyscy. Cały – niemal cały – klan Borejków z przyległościami. I co teraz? Do kogo się przytulić? Pulpecja jak zawsze duża, coraz większa i coraz cieplejsza. I nikt nie wyrzeka na jej tuszę, że się kulinarnie upiornie prowadzi, że zaniedbana, że po prostu tłusta. Pulpecja jest, jaka być lubi, a że jest kochana, może nie mieć żadnych kantów. Ani żadnych kompleksów. Przytulam się do Pulpecji. Teraz Florian. Florian jest mądry. Florian ma serce tam, gdzie mieć powinien. Słyszę jego bicie. Koi. Natalia zawsze wiotka i krucha, świetlista. Wejdę w tę świetlistość, w tę niemilknącą poezję. Robrojek jak skała. Oprę się na jego ramieniu. Tata Borejko i jego kubek z krasnalkiem oraz książka założona słonym paluszkiem. Tata to dom. Tata to głód literacki. Podejrzę, co czyta. Plutarcha? Senekę? I Mama Borejko. Mama, która jak tytanowa agrafka wszystkich spina. Nierozerwalnie. Poproszę o przyjęcie do rodziny. Wiem, że nie odmówi.

Na werandzie u Pulpecji wszyscy jesteśmy w Domu.

środa, 11 marca 2015

JADWIGA KORCZAKOWSKA "BUŁECZKA"


                           -  dla Marzeny Bens -

„Bułeczka” otula mnie szczelnie pledem czułości. Darzę ją szczególnym sentymentem. Z radością obserwuję, że i dla mojej trzyipółletniej Córki, stała się ta historia ważnym wydarzeniem, a jej bohaterka pięknym dziecięcym wzorem.

Ostrzegano mnie, że dla współczesnego dziecka powieść Jadwigi Korczakowskiej będzie trudna do przyjęcia nie tylko ze względu na tło obyczajowe, ale przede wszystkim z uwagi na archaizmy i anachronizmy językowe. Nie przyjęłam tego argumentu do wiadomości i był to krok nader rozsądny. Dziecko nie wie, nie rozumie, pyta. Rodzic po to jest, by odpowiedział, opowiedział, rozwiał wątpliwości. A książki takie jak ta, stworzone przed kilkoma dekadami, znakomicie ilustrują minione epoki, przybliżając dzieciom obecnej doby egzotykę realiów, w których dorastali ich rodzice i dziadkowie. Przecież i dla mnie, kobiety czterdziestoletniej plus, kałamarze i wieczne pióra są elementem historii kultury, nie zaś rysem własnej biografii. Czy to jednak oznacza, że mam zignorować literaturę powstałą przed moimi narodzinami? Zwłaszcza, gdy jest to literatura najwyższej próby?

Jadwiga Korczakowska koncentruje swoją opowieść wokół prymarnych wartości: miłości, przyjaźni, prawości. Cóż znaczy prawość dla współczesnego dziecka? No właśnie. Odpowiadamy za to, by nasze dzieci wzrastały w kręgu wartości. „Bułeczka” może w tym znakomicie dopomóc.

W Jeleniej Górze mieszka Wandzia. Kapryśnica, grymaśnica, rozbestwiona do granic. Takie pierwsze wrażenie. Jakże mylne! Dziewczynka, krucha, hodowana (nie wychowywana) pod kloszem, najdalej od niepogody, najdalej od świata poza bezpiecznym kokonem domu. Bez ojca, który całe dnie spędza w hucie. Bez matki, która w dalekim Koszalinie poświęca się teatrowi. Z gospodynią jedynie, z Małgorzatą, dla której jest kurczątkiem do wychuchania. Wychowywać nie ma jej ani kto, ani tym bardziej kiedy. Ojciec wbiega i wybiega, matka niedostępna, gospodyni zabiegana. Dziecko pozbawione towarzystwa innych dzieci, skazane na samotność swego pokoju, z niemymi zabawkami, z niemą lalką Zuzanną, wyrasta na nieczułą, niewrażliwą, roszczeniową osobę. Kto ma ją wprowadzić w świat empatii? Kto ma ją uczyć altruizmu? Kto ma ją uczyć żyć, jeśli nikogo przy niej nie ma? A na pewno nikogo nie ma z nią. I kiedy to sobie uświadomimy, portret Wandzi zmienia się diametralnie: widzimy jej smutek, jej alienację, jej gorycz porzuconego, odtrąconego dziecka. Bo Wandzia, w pustce samotnych godzin widzi, że ojciec pracuje ponad miarę, a mama nie wraca do niej, mama wybiera swój teatr i ten teatr jest dla niej jedyną wartością. Nie Dziunia.

A wtedy pojawia się Bułeczka. Bronia. Sierota, przygarnięta przez ojca Wandzi. Babcia, która Bułeczką się opiekowała wojaż do syna sobie zaplanowała i nie pozostawiła nikomu wyboru. Bronia wylądowała w domu Dziuni, a Dziunia zachwiała się pod tym ciosem. Bo jak to? Jest czas dla obcej dziewczynki, a dla rodzonej córki go zabrakło? Trzeba tygodni, aby pojęła, że uległa iluzji. Bo ten czas miała mieć ona i Małgorzata, nie ojciec.

Bronia, dziecko niepojętego wewnętrznego blasku i siły. Empatyczna, pomocna, czuła dziewczynka, której też nie jest łatwo zaadaptować się w nowej rzeczywistości. Bronia gada. Gada bez tchu. Zagaduje własne obawy, zachwyca się światem, zachwyca ludźmi. Uosabia idee przyjaźni i miłości. I przebaczenia. Łatwo jej wybaczać, gdy jest tak ufna, tak pełna dobrych myśli. Bronia chłonie nowy dom, chce się zaprzyjaźnić z Wandzią, pomóc Gosi, obłaskawić sąsiedzkiego syna, wybitnie łobuzowatego Karola. Bronię wszystko cieszy. Nie zraża jej nastroszona Dziunia, która ani jej nie oczekiwała, ani jej nie chce.  Bułeczka potrafi znaleźć drogę do najeżonego nieufnością serca Wandzi. Ma potężną broń: zna baśnie i potrafi je opowiadać. Świat baśni roztopi chłód Wandeczki. Z dnia na dzień obca dziewczynka bliższa jej będzie i do życia niezbędna.

Są też ciernie. Ciernie tak ostre, że Bułeczka uciekanie. Do przyjaciela poznanego w podróży. Ucieknie po mądrość, wróci silniejsza. I po to, by zobaczyć, jak jej czystość i serdeczność, jej wszędobylskość i gadatliwość są niezastąpione. Że nie jest już obcą dziewczynką. Jest Siostrą.

I są w tej opowieści chwile prawdziwej grozy. Takie, które mamę Wandzi zmuszą do powrotu. Takie, które wstrząsną życiem całej rodziny. A obok ocean ciepłego humoru. A obok atmosfera taka, jakby się w szklance lemoniady pływało. Człowiek otwiera ramiona i przygarnia ten piękny, dobry, szczery świat. Bułeczkę. I Wandzię. I pragnie, żeby jego dziecko szło szlakiem Bułeczki i nigdy nie czuło się tak osamotnione, jak Wandzia.

wtorek, 10 marca 2015

JANE AUSTEN "PERSWAZJE"


Będzie krótko. Co nowego bowiem można powiedzieć o prozie wzorcowej, o której wszystko już powiedziano? Cechy dystynktywne dziewiętnastowiecznego dyskursu zna każdy bibliofil. Na pamięć. Nie do oddania są, nie do podrobienia. Pastisz się nie uda. Będzie karłem.

„Perswazje” to ostatnia powieść Jane Austen. Najpełniej określa swoistość jej talentu. Geniusz. Najbardziej oszczędna warsztatowo i zarazem najdojrzalsza. Uwodzi. Prowadzi za sobą przez bujne osobowości, wyraziste charaktery, nagłe zrywy fabularne i łagodną refleksyjność.

Trudno powiedzieć, kto jest głównym bohaterem. Czy na pewno Anna Elliot? Czy pierwsza dekada dziewiętnastego wieku w Anglii? Czy wiejskie rezydencje, dwory i dworki, świadkowie najdonioślejszych wydarzeń? Czy Lyme, w którym nastąpiło potężne tąpnięcie, rozpoczynające lawinę nieoczekiwanych zwrotów? Czy Bath, w którym wszystko znalazło już bardziej przewidywalny finał? Nie sposób tego ocenić, jednak czynienie z Anny najistotniejszej osoby dramatu wydaje się krzywdzące dla osób pozostałych. Dla kapitana Wentwortha zwłaszcza.

Zdradzać fabuły nie będę. Uchylę rąbka. Bale chwilowo poszły w odstawkę, ale nie poszły wojaże. Wojaże są elementem istotnym, nabrzmiałym znaczeniem. Są punktem wyjścia i celem. Są drogą i kresem. Niosą nadzieję i budzą obawę. Anna przemieszcza się nieustannie. Nie tylko w świecie. Najważniejsze podróże odbywa w sobie. Rozmyśla, walczy z uczuciami, mierzy się z reminiscencjami. A przecież na zewnątrz ma wciąż jakieś zadania. Ledwie uwolni się z rodzinnych objęć pięknej rezydencji, oddanej w dzierżawę wskutek rozrzutności jej próżnego ojca i takiej samej siostry… Ledwie uwolni się z objęć domu i z zasięgu spojrzeń ojca i siostry, którym jest absolutnie obojętna…

Tu się zatrzymajmy. Na moment. Portret ojca Anny, sir Waltera Elliota jest tak pyszny i tak dosadny, że czyni zeń postać wielce zajmującą. Sir Walter jest sybarytą. Próżnym i potwornie głupim. Na uwadze ma jedynie gładkość własnego lica i czystość drzewa genealogicznego. Przywiązanie do tej czystości nie pozwoliło mu przyjąć do rodziny ukochanego Anny, kapitana Wentwortha. Wsparty staraniami córki Elżbiety i przyjaciółki zmarłej żony, lady Russel, łatwo osiąga cel. Anna odprawia ukochanego. Sir Walter może znów w spokoju ducha kontemplować swą nieskazitelną urodę. Oraz urodę Elżbiety. Ewentualnie.

Anna się poddała. Odkąd się poddała minęło osiem lat. Uczucia przygasły, czas je przyprószył. Anna zajęła się zbawianiem świata. Zbawia młodszą siostrę Mary przed jej histeriami na niepojętym tle. Może zrodzonymi z nudy. Zbawia męża Mary, jej dzieci, teściów, oraz każdego kto zjawi się w jej zasięgu. Jest niezastąpiona. Potrzebna każdemu. Z wyjątkiem ojca i Elżbiety. Dla nich jest przezroczysta. Oni wolą towarzystwo pewnej damy, której niskie pochodzenie dziwnie im zobojętniało.

Anna, kobieta niezbędna, jedzie do Mary, jedzie do Lyme, jedzie do Bath. Ale zanim do Lyme pojedzie zderzy się z ożywionymi wspomnieniami. Objawi się kapitan W. Kapitan z fortuną. I z doskonałą obojętnością. Powiedzmy. Jadą. W Lyme nowe twarze, jedna bardziej interesująca od drugiej. Druga ważniejsza. Ale później. Teraz dzieją się dramaty, upadki i cielesne wstrząsy. Zdrowotne. Siostra szwagra Anny doznaje poważnego uszczerbku i potok zdarzeń zamienia się w rzekę. Oto Anna rusza do Bath, do nowego domu, a tam czeka taka karuzela, że czytelnik z trudem łapie dech i ociera pot ze znękanego udręką czoła. Przyjedzie kapitan czy nie? Połączą się wreszcie czy ten inny, z Lyme przybyły, kapitana ubiegnie i Annę usidli? Niby Anna się broni, ale znowu jej perswadują, znowu jej podszepty sączą.

Uda się? Będzie ten ślub nareszcie? Kto przeczyta, ten się dowie. I albo tańczył będzie, albo zapłacze. Sukien ślubnych mnóstwo się kręci, ale czy jedna z nich do Anny należy? Przecież ojciec głupi, a Elżbieta mu nie ustępuje. Czyżby zmądrzał, kiedy fortuna kapitana w oczy mu zaświeciła? Czyżby się w Elżbiecie rozsądek odezwał? Książka zaprasza. Arcypyszna.

Nie było krótko. Najmocniej przepraszam.

poniedziałek, 9 marca 2015

KATARZYNA GROCHOLA "OSOBOWOŚĆ ĆMY"



Proszę mi łaskawie powiedzieć, jak zobiektywizować wypowiedź o książce, którą przepasało się wieńcem laurowym i umościło pomiędzy myślami a czuciem? Jak bez patosu, bez egzaltowanych sformułowań, bez ochów przedstawić rzetelny katalog atrybutów doskonałej powieści obyczajowej? Nie mam pojęcia i chylę czoła przed każdym, kto to potrafi.

„Osobowość ćmy” jest świadectwem dojrzałości pisarskiej Katarzyny Grocholi. Powieść, którą czyta się na wdechu, choć nie ma lekkości piórka ani lukrowanej zawartości. Jest przyjemna, ale to specyficzna przyjemność smakowania owocu, którego miąższ skrywa słodycz spełnienia i gorycz tęsknoty albo samotności, albo strachu.

Katarzyna Grochola potrafi przytulić rzeczywistość we wszystkich jej przyjaznych i wrogich odcieniach. Przygarnia ją, rozgryza i nazywa. Zawsze właściwym imieniem. Sugestywnie opowiada o buncie ciała w chorobie. Potrafi dookreślić samotność, izolację na życzenie i alienację z odrzucenia. Odkrywa kształty miłości i kontury melancholii. Prowadzi krętymi ścieżkami trudnych relacji między najbliższymi osobami, które przez nieostrożność stały się sobie najdalsze. Jest w tym wszystkim zachwycająca czytelnika wewnętrzna szczerość. Jest odwaga. Kurtyna podniesiona wysoko, obnażony każdy detal opowiadanych zdarzeń, każdy zakręt, każde załamanie. Plisy rzeczywistości muszą się najpierw mocno zmarszczyć, aby miały szansę na trwałe wygładzenie.

Nie zdradzę imion bohaterów tej opowieści, bo odebrałabym radość z ich poznawania.

Przyjaźnią się. Jest ich ośmioro.

Pierwszy pnie się na szczyty kariery, ale spada z życiowej góry. Nie ma odwagi podnieść kamienia i ponownie go wtoczyć. Wiele czasu, wiele zdarzeń dzieli go od chwili, w której jednak wyciągnie rękę i podejmie ryzyko. Przez miłość. Dla miłości. Lecz czy znajdzie wzajemność?

Druga. Najmłodsza. Ledwie opierzone pisklę. Znarowione, rozbrykane. Maski z włosów. Pod maskami nagość. Samotność. Strach. Walka z demonem, który przychodzi po każdego. Po niektórych przed czasem. Czy zdoła podjąć walkę? Czy znajdzie w sobie siłę, by powiedzieć „kocham” temu, komu powinna powiedzieć o tym dawno i wypowiedzieć ostateczną wojnę temu, który w samotne noce każe jej patrzeć na ćmy odbijające się od rozgrzanych lamp?

Trzecia. Pięknooka. Pięknowłosa. Drobna, elfio krucha. Ślepa na siebie świetlistość. Przeciwko sobie buduje ściany. Oddziela się nimi od miłości, w której nie ma miejsca na żadne kłamstwo. Oczy, w które patrzy są jej pełne, ale dla niej puste. Lustra, w które patrzy nie pokazują prawdy. Ludzie, których słucha złorzeczą w jej uszach, gdy poza jej uszami ofiarowują życzliwość. I zachwyt. Zakłamała siebie tak głęboko, że tylko iluzję bierze za rzeczywistość. Czy zdoła zobaczyć, otworzyć oczy, odczarować oślepłe serce?

Czwarty. Pomiędzy fotografiami a pęczniejącym nieszczęściem zagubionego domu. Domu, który miał być codziennym spełnieniem, a stał się nieustającym strumieniem pretensji i wyimaginowanych zdrad. Czy zdoła odnaleźć drogę w ruinach i zapalić wygaszone światła?

Piąta. Celebruje ciało, jakby była to jej najskuteczniejsza tarcza i jedyny, realny atut. Kiedy w ciele pojawia się zmiana, ze zmianą przychodzi panika. Rozpacz. Świat, jaki był, chwieje się. Strach zagarnia codzienność. Piękno przepadnie? Tak po prostu minie? I co się robi z tym nowym, które zaczyna się panoszyć, jakby było u siebie? A obok jeszcze ten, który pojawia się, umyka, znowu jest, znowu nie. Co z nim? Co teraz?

Szósty. Kocha. Czeka. Obserwuje. Boi się. Niepewny. Odważyłby się, gdyby znak jakiś. Ale znaku nie ma. Czy sam go złowi? Czy mimo braku przyzwolenia opowie miłość tak, by została przyjęta lub jednoznacznie odrzucona?

Siódma. Eteryczna. Długo jej nie było. Wróciła. Żeby się dopasować do relacji z matką, z którą nie potrafi znaleźć wspólnego planu. Walczą ze sobą, zamiast zrozumieć. Wraca na tarczy, z połamanym życiem, z pogruchotanym sercem. A tu matka, w której już matki nie umie dostrzec. Łatwiej widzieć wroga. A wtedy miłość inna ją dopada. I w tej miłości mur między nią a matką coraz grubszy. Czy coś go skruszy? Czy spotkają się dwie miłości, żeby pojednać?

Ósmy. Szuka. Czeka. Maluje portrety wyśnionej dziewczyny. Żeby ją wywabić z przestrzeni, żeby ją odnaleźć. Odnajduje. Ale są inni, którzy przeszkodzą, podstawią własne serce, ze źle pojętej troski albo przez nierozwagę. Co wtedy? Jak ich pokonać? Może przyjąć? Może pożegnać? Może uciec? Może…

Powieść pytań. Powieść odpowiedzi. Mądrych odpowiedzi na fundamentalne pytania. Ale ciem tu nie ma. Nikt nie leci do światła, żeby się o nie roztrzaskać. Ćmy Katarzyny Grocholi są specyficzne: odwracają się od światła. Kiedy wracają, pławią się w nim, ale nie płoną. Czy odważą się w nim zacumować? Rozgościć się, odsłonić, zawierzyć?

Lubię wracać do tej historii. Jesteśmy głęboko zaprzyjaźnione. Wracam, gdy zaczynam się odwracać od życia. Kto się odwraca od życia, wita się ze śmiercią. A na to zawsze przyjdzie czas. Najwłaściwszy.






niedziela, 8 marca 2015

MAGDALENA ZYCH "SIEDEM SZKLANEK"






Mam taki zwyczaj, że książki grafomańskie, albo przeciwnie: literacko znakomite, ale upiornie nudne lub wkurzające, przekazuję ulubionej bibliotece. Z premedytacją: niech się inni męczą. Albo zachwycają. Może ktoś się wzruszy tym, co mnie przyprawia o mdłości.

„Siedem szklanek”, wydane cztery lata temu, do biblioteki nie poszło. Mam te literackie szklanki nieustannie w pobliżu. Lubię je widzieć i wiedzieć, że są. Że się co czas jakiś pojawia w literaturze rodzimej piękna awangarda, warta lektury, zamyślenia i postawienia obok książek ważnych. Warta powrotów.

Komu odmienność seksualna jest ohydna niech od książki Magdaleny Zych trzyma się daleko i niech moją recenzję ominie. Zwłaszcza w niedzielę,przed eucharystią. Nie czytaj człeku święty, żebyś się spowiadać nie musiał. To nie jest lektura dla żadnej z odmian poprawności i żadna wymuskana grzeczność atrakcji tu nie znajdzie. Odium cię opadnie, siedmiu Brzechwowych szklanek niczym poza wstrętem nie napełnisz.

O homoseksualizmie nie pisze się gładko. Przepraszam, nie o homoseksualizmie, a o pedalstwie. Z rozmów prywatnych, które miałam szczęście przeprowadzić ze znajomymi ODMIEŃCAMI (nie chcę nikogo urazić, kazano mi tak napisać) wynika, że żaden szanujący się homo nie myśli i nie mówi o sobie „gej”. Mówi „pedał”, ewentualnie „ciota”. Inne określenia też padły, ale zainteresowani dowiedzieć się o nich mogą z prozy Michała Witkowskiego. Nie do mnie oświecanie należy.

A zatem o pedalstwie nie pisze się gładko. To nie jest temat dla jędrnego, wypieszczonego języka. To jest temat, który musi wrzeszczeć, żeby się przebić, a wrzask potrzebuje często oprawy bulwarowej, rynsztokowej zgoła. Co wcale nie znaczy, że musi być szpetnie. Nie musi i nie jest. Magdalena Zych w swojej opowieści fenomenalnie wyważa język: jest i literacko i dosadnie. Podnoszę się do owacji. Pierwszej.

Historia. Dwóch facetów z różnych światów. Przychodzą z odmiennych zakładek rzeczywistości i dążą do ułożenia się w zakładce wspólnej. Taka scena ich dramatu, taki los przewrotny, albo taka natura wewnętrznych, nieprzewidywalnych imperatywów.
    Jest Kuba. Grzeczny i serdeczny. Chłopak zwyczajny, student nieprzeciętny. I do kluczowego spotkania ukierunkowany na niewiasty. Można rzec tak, jakby społeczeństwo rzekło: normalny chłop. Niestety, na drodze normalnego chłopa staje chłop nienormalny (to społeczeństwo, nie recenzentka) i to nienormalny konkursowo.
      Emil. Emil jest wszystkim, co Kubie było obce. Jest pedałem, jest transwestytą, jest artystą, jest kameleonem, co to w taką szatę się stroi, w jaką mu wygodnie. Jest taki z natury. Tutaj nie ma żadnej scenografii, nie ma kurtyny, choć bogatej widowni nie brakuje. Ale, Drodzy Czytelnicy, Emil nie gra. On jest. Role, jeśliw ten sposób określić jego wcielenia codzienne, pochodzą z jego trzewi, są przyrodzone. Nie wydumał ich sobie, nie obmyślał w długie, zimowe wieczory. To wszystko, co robi i jakim się prezentuje, jest w nim. Ciota i trans. Wie, kim jest, akceptuje to do ostatniej maskary w satynowej kosmetyczce i lubi. Lubi siebie i lubi swoje życie. Bo on sam i jego życie są jego własnością.
     Kuba nie wie o sobie nic. Jest dzieckiem zabłąkanym w sobie i w świecie. Żyje pod linijkę tak, jak chcą rodzice, jak życzy sobie społeczeństwo, jak wydaje się jemu, że być powinno. I wówczas, w tę poukładaną schludnie rzeczywistość wpada tornado z Emilem. Który to Emil w pierwszym momencie jawi się jako zjawiskowej urody dziewczyna, bo takie wcielenie akurat miał do pokazania. Kiedy wychodzi na jaw, że pod makijażem mieszka facet i to nie jakiś tam facet, co to sobie dla kaprysu kieckę wkłada, tylko rasowy pedał, dla Kuby jest za późno, bo karuzela przyspieszyła i wyskoczyć z niej nie sposób.
    Kuba wkleja się, niespodziewanie łatwo, do pełnego zwrotów, szalonego świata Emila. Emil wie o sobie wszystko, Kuba – jak zostało powiedziane - nic. Emilowi nader łatwo manipulować uczuciami tego, który cierpi na absolutny brak tożsamości. Można być dla Kuby przewodnikiem po meandrach innej erotyki, można być Pigmalionem, który znajdzie upodobanie w kształtowaniu wybitnie plastycznego tworzywa. Człowiek bez właściwości, jakim jest Kuba, to czyste płótno. Dla Emila – artysty to wielka pokusa, której z radością ulega.
    Epoka Emila to w życiu Kuby czas poszukiwania i odkrywania siebie. Czas odrzucania masek, pierwsze spojrzenie w twarz swojej tożsamości, także tożsamości seksualnej. Czy czegoś się dowie? Czy czegoś się nauczy? Ich związek jest jak tornado, przelatuje, zrównuje z ziemią, a kiedy tylko urośnie świeże, wraca i miażdży na powrót. Jesteśmy zmasakrowani. Wszyscy.  Z wyjątkiem Emila. Ten, który wie nie musi cierpieć.
     Co nas czeka w finale? Dużo. Niekoniecznie to, czego się spodziewamy.

Kobiety. Owszem, nie brakuje ich w książce. Mają imiona, mają swoje miejsce. Są konieczne, by opowieść była kompletna. Marta, Agnieszka… Inne, nie mniej ważne. Łączy je niefortunny wybór mężczyzn, którzy albo nie mogą, albo nie chcą z nimi być. Niedopasowane są. Wiedzą wiele o sobie, ale za mało o świecie mężczyzn, do którego chcą przyrosnąć. Podejmują destrukcyjne decyzje, błądzą w żywiole odepchniętej miłości. Trudno im zaakceptować fakt, że to jednoosobowe tango i że poszukiwania trzeba rozszerzyć albo ich zaprzestać. Są ofiarami własnej krótkowzroczności.

„Siedem szklanek” to ważna i dobra proza. Książka bez kokonu, bez kostiumów, bez wydętych ust. Trochę Topor, trochę Palahniuk w spódnicy.