środa, 5 sierpnia 2015

ZAMIAST RECENZJI. (W OCZEKIWANIU NA ŁASKAWOŚĆ OCZU)

                                               BRAMA



Stała mu się w burzy. W bramie mu się stała. Taka cicha. Taka jasna. Taka pewna. Stała mu się jak przystań. Cumowanie było łagodne. Wokół sztorm ryczał, spieniały się w nim tajfuny wódki, nigdy niestrawione, nigdy nieoddane, nieprzyjęte jak należy, do dna. Przed dnem się odwracały, w wirze ku górze, w kłębach, w odmętach. Wgłębiały się, przepalały myśli, żarły oddech. Brały sobie w jedyną, bezowocną podległość jego ciało na pastwę wydalone z pordzewiałej łupiny czasu i wiecznej nocy, którą w sobie stworzył, aby w niej zostać. I umartwiać się, jak lubił. Karmiony i pojony wódką. Karmiony i pojony sobą. Pomiędzy ścianami domu. Kiedy go jeszcze miał. Pomiędzy ścianami domów. Kiedy je jeszcze miał. Między ulicami miast. I redakcjami, w które się wtapiał, żeby się wytopić. Po pierwszym niedotrzymanym terminie. Korekty albo kolejnego rozdziału. I kolejnego. Wszystko jedno. Zaliczki. Były. Zdarzały się. Najpierw. Potem się zwiedzieli. Biesiadnicy na stypie geniusza. I geniuszu. Zwiedzieli się, że się geniusz przesączył przez brzegi coraz głębszych kieliszków. Potężniejszych latarni. Zmrożonych. Na niepokój. Słowa przestały służyć. Wielki pisarz pisarzyną się stał. Kloszardem. Oczy wódczane i wódczane słowa. I wtedy zdarzył się bar. Ten sam bar. Ten sam, jedyny, w którym jeszcze nie usłyszał: „spierdalaj”. Nie spierdalał więc. Pił swoje przeddomowe. Preludium swoje sączył, żeby pisać potem. I niszczyć. I pić. I pisać i niszczyć. I z tego baru w noc ciężką się wytoczył i tuż za drzwiami, w bramie, w której chciał się odlać, porządnie, z fasonem, jak na moczymordę przystało; i już do rozporka sięgał, i ruch zatrzymany innym ruchem. Albo mgnieniem tylko. Ona. W tej bramie. Taka jego. Dla niego utkana. Wiedział. Już wiedział. I że w barze mu się przecież tak niedawno przyśniła. Patrzyła. Płynęła ku niemu. Żeby ocalić. Bo żeby nie? Sztorm łomotał, biesił się, mamił, lizał, wrzeszczał. Wił się lęk i wił się spokój pod lękiem. Jeśli jest dom, wrócił do domu. Nie do mieszkania, nie do zgliszcz. Do domu wrócił. Obietnica w jej włosach. W jej trenczu napęczniałym ciemnością i nocą.
- Luna. – powiedziała. – Jak księżyc.
- Feliks. – powiedział. – Jak nikt.
- Pójdziesz ze mną?
- Dokądkolwiek.
- Do mnie.
- Ja piję, Luno.
- Widziałam. Wiem.
- Jestem…
- Chodź.
- Ale…
- Chodź.
I poszedł. Nie mógł nie pójść. Wstępował przecież do domu weselnego. Za Księżycem w kobiecie. Za pełnią. W wolność wstępował. Czuł. Przecież w domu weselnym nie urządza się stypy. Przecież nie. A jeśli?
Czy gdyby w lustrze czasu zobaczył dokąd zmierza, oddając swoją zsiniałą dłoń jej miękkim, ciepłym palcom, czy wybiegłby z bramy, czy by zawrócił? 

/E.E. "Białe krety" - fragment/