JODI PICOULT "KARUZELA UCZUĆ"
Ta historia może zmrozić krew, może zawirować w żyłach jak niszczycielski orkan. Ta historia może się zdarzyć każdego dnia, każdemu z nas. Każdemu rodzicowi. Emocje napinają się jak struny. Powieść, dzięki prawdopodobieństwu historii, dzieje się w nas.
Sąsiedzka sielanka. Przyjaźń między rodzicami, miłość między nastoletnimi dziećmi. A nagle śmierć. Zadana czy wybrana? I podejrzany. Ten, który miał kochać. Który kochał. Chronić miał, nie ochronił?
Gus i James, rodzice Chrisa. Melanie i Michael, rodzice Emily. Rozsypane puzzle, niemożliwe do ponownego ułożenia. Jak zrozumieć, że twoje dziecko wybrało śmierć? Jak pojąć, że dziecko, które zdawało się być szczęśliwe, nie życia pragnęło, lecz śmierci? Jak uwierzyć, że przyszłość, którą planowałeś dla dziecka, nie nastąpi? Jak unieść, że dziecko zabrało ze sobą nie tylko siebie, ale i drugie, ledwie kiełkujące, życie? I co teraz? Kto zawinił?
A jeśli nikt nie zawinił? Jodi Picoult akcentuje wewnętrzny krajobraz doznań Emily. Jej melancholię. Jej cierpienie. Przenikliwie portretuje sytuację graniczną, w której centralnym punktem staje się pragnienie niebytu. Choroba na śmierć. Ta, którą tak dobrze znali moderniści. I z której nikt ich nie leczył. Poza sztuką może. Czasami. Emily też próbuje się ratować. I także wybiera sztukę. Bo miłość nie dźwiga. Miłość, zwłaszcza ta spełniona, paradoksalnie, potęguje autodestruktywność. A Emily spełniona być nie może. Pragnienie nieistnienia rośnie wraz z poczuciem seksualnego rozwarstwienia, z przeczuciem, że to nie Chris mógłby być jej dopełnieniem. Nie mężczyzna. Emily w wyobraźni układa siebie obok ciał kobiecych. Gubi się. Chciałaby zrealizować marzenia rodziców i marzenia Chrisa. Ale czyniąc to, pogrzebałaby siebie. Nie udźwignie tego. Życie, powołane i rosnące pod jej sercem, pieczętuje jej klęskę. Emily sama jest przecież tylko dzieckiem. Zbyt wcześnie dojrzałym, zbyt głęboko czującym. Ucieknie w śmierć za wszelką cenę. Nie widzi innej drogi. Nie udźwignie miłości Chrisa, nie uniesie zawodu, który sprawiłaby rodzicom, wybierając kierunek odmienny od tego, który dla niej wybrali. I nie udźwignie samej siebie. Jeszcze przez chwilę się miota, ale broń już wymierzona. Strzał już pada. Kto nacisnął spust?
Chris. Ten, któremu zawierzono. Ten, który wedle rodziców Emily zdradził. Ten, który rzekomo zabił. Morderca. Chris, który najpierw zmagał się z cierpieniem ukochanej dziewczyny. Wspierał ją, otaczał kokonem troski, nieustannego czuwania. Potem musiał się zmierzyć nie tylko z jej stratą. Musiał pożegnać dziecko, o którego poczęciu nie wiedział. Wstrząśnięty, niepogodzony, zakleszczony pomiędzy miłością, goryczą i gniewem. W areszcie. Podczas kolejnych przesłuchań. Rozmów z adwokatem. Pomiędzy nagłą wrogością matki Emily a bezradnością własnej. Zaszczuty. Opuszczony przez ojca, nagle w ojcu Emily znajduje sojusznika. Michael nie wierzy w jego winę. Czy słusznie?
Rozbite relacje dwóch rodzin. Ekstremalna sytuacja oświetla prawdę o przyjaźni. O jej iluzoryczności. Pęka więź. Tak łatwo uwierzyć w winę tego, któremu się ufało? Tak łatwo oślepnąć? Wybrać najprostsze rozwiązanie? Okaleczyć siebie i wszystkich wokół? Takie jest wyjście Melanie. I takie samo Jamesa. Gus walczy. Michael myśli. Poza czuciem, które zniekształca obraz. Myśląc, nie może się zgodzić na łatwo przyjęty fakt winy Chrisa. Myślenie zbliży go do Gus. Po jednej stronie barykady. Po stronie prawdy. Po stronie Chrisa i Emily. Przez chwilę razem.
W tej powieści nikt nie jest szczęśliwy. Nikt nie jest spokojny. Nikt nie jest wewnętrznie uładzony. Wszyscy tkwią w szczelinach rzeczywistości. Wszyscy nad przepaścią, na samym krańcu urwiska. Tylko Emily na jej dnie. Smutny i zmęczony jest Jordan, adwokat Chrisa. Skuteczny w swych zawodowych działaniach, ale walczy pełznąc, bo życie prywatne zwala go z nóg. Nieułożone relacje z synem. Bałagan w domu, w sercu, w głowie. W tym rozgardiaszu przerasta go jedynie prokurator Barrie Delanay. Drapieżna, zgnębiona, zamknięta w klatce nieprzetrawionych kompleksów i niszczących emocji.
Wszyscy walczą. Czy wiedzą o co?
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Picoult. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Picoult. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 2 kwietnia 2015
poniedziałek, 30 marca 2015
JODI PICOULT "GŁOS SERCA"
Proza Jodi Picoult stanowi przykład znakomitej literatury obyczajowej, pogłębionej o wnikliwe analizy psychologiczne oraz wyraziste, niezwykle celne obserwacje socjologiczne oraz antropologiczne. Pisarka z wielkim zaangażowaniem śledzi transformacje, zachodzące w obrębie mentalności amerykańskiej klasy średniej, eksploruje mechanizmy, którymi rządzą się relacje interpersonalne oraz wewnętrzna konstytucja uczuć. Bohaterowie jej powieści obdarzeni są klarownie zarysowaną osobowością oraz kompatybilnym z nią charakterem. Są czytelni, precyzyjnie skonstruowani i pozbawieni cech papierowej osoby dramatu. Historie, opowiadane przez nich lub o nich są spójne, rzetelne i wiarygodne. Dzięki temu można odnieść wrażenie, że czytamy o sobie lub o ludziach zza płotu. Emocjonalne zawirowania, stanowiące fundament prozy Picoult, są przecież identyczne pod każdą szerokością geograficzną.
W polifonicznym „Głosie serca” mamy szansę obserwować powieściowe wydarzenia z różnych perspektyw. Otwiera się przestrzeń wewnętrznych poszukiwań każdego z bohaterów. Diariusz biografii każdego z nich ma do opowiedzenia inną historię, nawet, jeśli konstytuujące ją wypadki, ich natura i miejsce dziania się przylegają do życia innego bohatera. To powieść drogi – przez świat do siebie i Drugiego, przez siebie w stronę świata. Nie każdy wychodzi z niej zwycięsko. Może nikt. Może i tryumfy są iluzją, którą chce się za wszelką cenę zatrzymać i zaufać jej. Picoult nie zostawia złudzeń: każdy potrzebuje skały, o którą mógłby się oprzeć. Jeśli nie znajdzie jej na zewnątrz, musi zbudować tę opokę w sobie. Zanim się rozsypie. Nie zawsze udaje się zdążyć.
Jane. Kłótnia małżeńska. Nic takiego. Wszystko. Torba, samochód, ucieczka. W towarzystwie wiernej córki Rebeki, która nie chce stawać po żadnej stronie w absurdalnym konflikcie (wszystkie małżeńskie tąpnięcia są absurdalne), ale zdaje się kierować mądrością, której matce zabrakło. Próbuje jej pilnować. I chronić. Nastoletnia Rebeka ma do tego wszelkie predyspozycje. Obdarzona bujnie rozwiniętą inteligencją emocjonalną, rozsądna i zrównoważona, dojrzalsza jest od obojga swoich rodziców. Niestety, pomóc im nie może. Co więcej, przed ich krótkowzrocznością, egoizmem i głupotą nie będzie w stanie obronić nawet siebie. Rodzice znajdą do siebie drogę po trupach miłości. I ludzi. I jak dzieci w piaskownicy, którym udało się odebrać rywalowi łopatkę, będą czuli się arcymistrzami życia. A ta, która jest w powieści najważniejsza, zostanie z przetrąconym sercem i z koniecznością wybaczenia głupiej matce. Jeśli tego nie zrobi, jej życie z rodzicami stanie się nie do zniesienia. Rebeka to wie. Rebeka zdaje się wiedzieć więcej i przenikać głębiej niż wszyscy dorośli razem wzięci.
Nie lubię Jane. Infantylnej, próżnej, roszczeniowej lalki. Nie lubię Olivera, jej męża, który mógłby nosić imię Humbak, bo poza humbakami nic go nie zajmuje, nic nie potrafi zaangażować na tyle, by podjął realną walkę i poświęcił to, co najcenniejsze: czas. Zawsze będzie w rozdarciu, zawsze pierwsza myśli gna ku humbakom. O zbiegłą Jane wojuje siłą inercji i męskiej dumy. Miłość? Została przy śpiewie humbaków.
Tymczasem Jane ucieka. Wiezie Rebekę przez wielkie przestrzenie Stanów do odległej farmy, na której pracuje jej brat Joley. Biedny Joley! Gdyby wiedział, że Jane to zagłada! Gdyby wiedział, że pojawienie się siostry w proch rozsypie spokój farmerskiego życia. Nie tylko jego życia. Jane z rykiem trąby powietrznej przetoczy się po życiu trzech mężczyzn. I zostawi za sobą zgliszcza. Joleya tylko zawstydzi, Sama (farmera) rozkocha i zostawi jak ochłap, Headleya (pomocnika) strąci w przepaść bez odwrotu. Headleyowi odbierze wszystko.
Oliver się miota, długo się miota, za długo. Ale zdąży dopełnić rozpoczęte przez Jane dzieło zniszczenia. Wróci w samą porę. Jane bawi się sercem Sama jak trofeum. Piękna, żywa zabawka. Sam czeka. Sam łudzi się, że Jane jego wybierze. Ale Jane nie wybiera nikogo poza sobą. Wygodne życie, tylko to się liczy. Nikogo nie dziwi, że kiedy Oliver porzuca humbaki i przyjeżdża po żonę, żona z miną obrażonej gwiazdy spalonego teatru wraca na łono małżeńskiej rutyny.
I Rebeka. Nastoletnim sercem pokochała dojrzalej, niż jej rodzice kiedykolwiek by zdołali. Z wzajemnością. Po to, żeby stracić. Najdosłowniej stracić. Bez odwołania. Za miłość czekała tylko jedna nagroda. Urwisko. Lot z urwiska. Nie jej, ale była tam, szybowała w bezpowrotność. I tylko dla Jane i Olivera, sprawców nieszczęścia, świat mógł wrócić do dawnego rytmu, wpasować się w utarte koleiny. Nie dla Rebeki. Rebeka sprzed podróży już nie istniała.
Pomyślcie: ocaleć z katastrofy lotniczej tylko po to, żeby własna matka zrujnowała ci życie. To dopiero ironia. I nadal jesteś dzieckiem tej głupiej kobiety. I nie przestaniesz nim być. W rozbłysku objawienia widzisz dwie prawdy: czasem lepiej zginąć niż ocaleć i strzeż się głupich ludzi, bo są niebezpieczni. Ostateczny morał jest nadzwyczaj okrutny: twoje przeżycie może być przepustką do „losu gorszego od śmierci” (ci, co czytali Vonneguta wiedzą, co to oznacza).
Rebeka jest więźniem nieprzemyślanych decyzji Jane. Jest jej niezawinioną ofiarą.
Nie słyszymy głosu Headleya. Jodi Picoult nie pozwala mu mówić. Może dlatego, że jego droga kończy się na kartach powieści. Nie wyjdzie poza nią. Nie może. Jego głos uwiązł w sercu i pamięci Rebeki. Tam jest bezpieczny.
Nie zawsze głos serca jest tym, którego warto słuchać. Niekiedy zwiastuje najlepszą przyszłość. Czasem zapowiada nieszczęście.
Proza Jodi Picoult stanowi przykład znakomitej literatury obyczajowej, pogłębionej o wnikliwe analizy psychologiczne oraz wyraziste, niezwykle celne obserwacje socjologiczne oraz antropologiczne. Pisarka z wielkim zaangażowaniem śledzi transformacje, zachodzące w obrębie mentalności amerykańskiej klasy średniej, eksploruje mechanizmy, którymi rządzą się relacje interpersonalne oraz wewnętrzna konstytucja uczuć. Bohaterowie jej powieści obdarzeni są klarownie zarysowaną osobowością oraz kompatybilnym z nią charakterem. Są czytelni, precyzyjnie skonstruowani i pozbawieni cech papierowej osoby dramatu. Historie, opowiadane przez nich lub o nich są spójne, rzetelne i wiarygodne. Dzięki temu można odnieść wrażenie, że czytamy o sobie lub o ludziach zza płotu. Emocjonalne zawirowania, stanowiące fundament prozy Picoult, są przecież identyczne pod każdą szerokością geograficzną.
W polifonicznym „Głosie serca” mamy szansę obserwować powieściowe wydarzenia z różnych perspektyw. Otwiera się przestrzeń wewnętrznych poszukiwań każdego z bohaterów. Diariusz biografii każdego z nich ma do opowiedzenia inną historię, nawet, jeśli konstytuujące ją wypadki, ich natura i miejsce dziania się przylegają do życia innego bohatera. To powieść drogi – przez świat do siebie i Drugiego, przez siebie w stronę świata. Nie każdy wychodzi z niej zwycięsko. Może nikt. Może i tryumfy są iluzją, którą chce się za wszelką cenę zatrzymać i zaufać jej. Picoult nie zostawia złudzeń: każdy potrzebuje skały, o którą mógłby się oprzeć. Jeśli nie znajdzie jej na zewnątrz, musi zbudować tę opokę w sobie. Zanim się rozsypie. Nie zawsze udaje się zdążyć.
Jane. Kłótnia małżeńska. Nic takiego. Wszystko. Torba, samochód, ucieczka. W towarzystwie wiernej córki Rebeki, która nie chce stawać po żadnej stronie w absurdalnym konflikcie (wszystkie małżeńskie tąpnięcia są absurdalne), ale zdaje się kierować mądrością, której matce zabrakło. Próbuje jej pilnować. I chronić. Nastoletnia Rebeka ma do tego wszelkie predyspozycje. Obdarzona bujnie rozwiniętą inteligencją emocjonalną, rozsądna i zrównoważona, dojrzalsza jest od obojga swoich rodziców. Niestety, pomóc im nie może. Co więcej, przed ich krótkowzrocznością, egoizmem i głupotą nie będzie w stanie obronić nawet siebie. Rodzice znajdą do siebie drogę po trupach miłości. I ludzi. I jak dzieci w piaskownicy, którym udało się odebrać rywalowi łopatkę, będą czuli się arcymistrzami życia. A ta, która jest w powieści najważniejsza, zostanie z przetrąconym sercem i z koniecznością wybaczenia głupiej matce. Jeśli tego nie zrobi, jej życie z rodzicami stanie się nie do zniesienia. Rebeka to wie. Rebeka zdaje się wiedzieć więcej i przenikać głębiej niż wszyscy dorośli razem wzięci.
Nie lubię Jane. Infantylnej, próżnej, roszczeniowej lalki. Nie lubię Olivera, jej męża, który mógłby nosić imię Humbak, bo poza humbakami nic go nie zajmuje, nic nie potrafi zaangażować na tyle, by podjął realną walkę i poświęcił to, co najcenniejsze: czas. Zawsze będzie w rozdarciu, zawsze pierwsza myśli gna ku humbakom. O zbiegłą Jane wojuje siłą inercji i męskiej dumy. Miłość? Została przy śpiewie humbaków.
Tymczasem Jane ucieka. Wiezie Rebekę przez wielkie przestrzenie Stanów do odległej farmy, na której pracuje jej brat Joley. Biedny Joley! Gdyby wiedział, że Jane to zagłada! Gdyby wiedział, że pojawienie się siostry w proch rozsypie spokój farmerskiego życia. Nie tylko jego życia. Jane z rykiem trąby powietrznej przetoczy się po życiu trzech mężczyzn. I zostawi za sobą zgliszcza. Joleya tylko zawstydzi, Sama (farmera) rozkocha i zostawi jak ochłap, Headleya (pomocnika) strąci w przepaść bez odwrotu. Headleyowi odbierze wszystko.
Oliver się miota, długo się miota, za długo. Ale zdąży dopełnić rozpoczęte przez Jane dzieło zniszczenia. Wróci w samą porę. Jane bawi się sercem Sama jak trofeum. Piękna, żywa zabawka. Sam czeka. Sam łudzi się, że Jane jego wybierze. Ale Jane nie wybiera nikogo poza sobą. Wygodne życie, tylko to się liczy. Nikogo nie dziwi, że kiedy Oliver porzuca humbaki i przyjeżdża po żonę, żona z miną obrażonej gwiazdy spalonego teatru wraca na łono małżeńskiej rutyny.
I Rebeka. Nastoletnim sercem pokochała dojrzalej, niż jej rodzice kiedykolwiek by zdołali. Z wzajemnością. Po to, żeby stracić. Najdosłowniej stracić. Bez odwołania. Za miłość czekała tylko jedna nagroda. Urwisko. Lot z urwiska. Nie jej, ale była tam, szybowała w bezpowrotność. I tylko dla Jane i Olivera, sprawców nieszczęścia, świat mógł wrócić do dawnego rytmu, wpasować się w utarte koleiny. Nie dla Rebeki. Rebeka sprzed podróży już nie istniała.
Pomyślcie: ocaleć z katastrofy lotniczej tylko po to, żeby własna matka zrujnowała ci życie. To dopiero ironia. I nadal jesteś dzieckiem tej głupiej kobiety. I nie przestaniesz nim być. W rozbłysku objawienia widzisz dwie prawdy: czasem lepiej zginąć niż ocaleć i strzeż się głupich ludzi, bo są niebezpieczni. Ostateczny morał jest nadzwyczaj okrutny: twoje przeżycie może być przepustką do „losu gorszego od śmierci” (ci, co czytali Vonneguta wiedzą, co to oznacza).
Rebeka jest więźniem nieprzemyślanych decyzji Jane. Jest jej niezawinioną ofiarą.
Nie słyszymy głosu Headleya. Jodi Picoult nie pozwala mu mówić. Może dlatego, że jego droga kończy się na kartach powieści. Nie wyjdzie poza nią. Nie może. Jego głos uwiązł w sercu i pamięci Rebeki. Tam jest bezpieczny.
Nie zawsze głos serca jest tym, którego warto słuchać. Niekiedy zwiastuje najlepszą przyszłość. Czasem zapowiada nieszczęście.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

