sobota, 2 kwietnia 2016

JAN KACZKOWSKI "GRUNT POD NOGAMI"

 To już trzecia książka księdza Jana Kaczkowskiego. Druga, o której chcę coś powiedzieć. I boję się. Może byłoby łatwiej, gdyby Ksiądz (odtąd będzie już z dużej litery) nie był mi tak bliski. I gdyby nie te bon moty! Ile ich! Tak sobie wykoncypowałam, żeby je wpleść w recenzję. Niemożliwe! Osobnej odsłony potrzebują. A teraz tylko o książce. Tylko.

         To niezwykle trudne, pisać bez patosu, z chłodem naukowego szkiełka o książce człowieka, którego chwilę temu się żegnało. Na cmentarzu, wśród kwiatów, westchnień i łez, albo tylko modlitwą w domu, modlitwą pod innym niebem, myślą ciepłą, wspomnieniem ostatniego słowa. A nie byłoby i nie było prościej dwa miesiące temu, kiedy skończyłam lekturę „Gruntu pod nogami”. Zapisałam pierwszy akapit i dopadło mnie milczenie. Ale teraz spełnię, co obiecałam. Być może w samą porę.

         Ksiądz Jan swymi kazaniami nie tworzy literatury i literaturoznawca nic tu do roboty nie ma. Nie ma tu nic do roboty krytyk. Czytelnik może powiedzieć więcej. Słuchacz jeszcze obszerniej. A historyk filozofii miałby tu piękne pole do popisu. Toteż nie ma mowy o recenzji w klasycznym wydaniu. Bo nie mamy tu do czynienia z dziełem literackim. Mamy za to styczność z życiem, w jego najgłębszych wymiarach.

         Najściślej obcujemy z filozofią życia, pogłębioną filozofią dialogu oraz filozofią Boga. Nie da się tych trzech kontekstów zamknąć jedną klamrą. Akcenty są rozłożone równomiernie. Usłyszymy echo epifanii twarzy w duchu Levinasa, przemyślenia Tischnerowskie, a także agatologiczną wizję życia społecznego i teologicznego Jana Kaczkowskiego. Ta filozofia jest swoistą inkarnacją etyki chrześcijańskiej oraz koncepcji dialogicznych, wyrosłych na jej fundamencie. Można ją opowiedzieć, idąc tropami, wskazanymi w książce. Ocena należy do przyszłości. Zarówno ocena dyskursywna, jak i normatywna.

       Marzyła się Księdzu Janowi habilitacja. I marzył się skrypt dla lekarzy, o sztuce przekazywania pacjentom i ich rodzinom niepomyślnych rokowań. Była w tym pragnieniu i nadzieja i pokora wobec czasu, który Mu jeszcze został. Pokora szła z Księdzem Janem niemal przez całą Jego kapłańską drogę. Pokora, dystans i zniewalająca autoironia. O swoim doktoracie powiadał, że jest „śmieszny”, tak prosty, że z jego napisaniem każdy by sobie hop siup poradził. Kazania nazywał „nieporadnymi”, jako, że pochodziły z głowy, wspomagane – z racji słabego wzroku – jedynie konspektem. I dodawał, że zazwyczaj głosił kazania „żebracze”, dla swego dziecka – Puckiego Hospicjum, ale zaraz z uśmiechem krygował się na „ekskluzywnego” żebraka, co to nie musi przed kościołem datków wypatrywać, lecz w murach świątyni ich wygląda.

     Zgodnie z duchem etyki chrześcijańskiej był Ksiądz Jan przeciwnikiem eutanazji. Podkreślał, że w żadnym momencie życia „nie można utracić godności osoby”. Taką godność ma także embrion, chociaż w sensie bioetycznym nie jest jeszcze człowiekiem. Godność osoby daje mu posiadanie genotypu odmiennego od tych, jakimi są obdarzeni rodzice. Indywidualizacja na poziomie podziału komórkowego pozwala mówić o embrionie w kategoriach aksjologicznych. W przypadku eutanatycznych praktyk w świecie mamy do czynienia z podobnym dylematem i moralną tragedią, jak w przypadku aborcji. Przeciwwagą dla przyzwolenia na eutanazję mają być katolickie hospicja. Jednak warto zauważyć, że Ksiądz Jan nie był radykałem, nie prezentował skrajnych poglądów ani antyeutanatycznych ani antyaborcyjnych. Obie formy zakończenia życia budziły w nim głęboki sprzeciw, zawsze wszakże zostawała przestrzeń intencji, która w przekonaniu Jana Kaczkowskiego miała kluczowe znaczenie. Jeśli intencja chroni godność osoby, należy wziąć ją pod rozwagę. W tym kontekście zdecydowanie kontestował uporczywość terapeutyczną. Podkreślał, że cierpienie fizyczne nie posiada uszlachetniającej wartości. Ból fizyczny nie wiąże się z żadną moralną korzyścią, zatem terapia uporczywa także powinna być „moralnie zakazana”. Uważał zasadność zwiększenia dawki leków przeciwbólowych, nawet jeżeli może to doprowadzić do wcześniejszej śmierci. „Intencja, z jaką podajemy leki się liczy”, pisał. Zamiarem nie jest przecież zabicie cierpiącego, lecz jedynie uśmierzenie bólu. Był orędownikiem „testamentu życia”, który pozwoli na świadomą odmowę terapii daremnej.

       Niebagatelne znaczenie dla rozwoju myśli chrześcijańskiej mają poglądy Księdza Jana Kaczkowskiego na relację między człowiekiem a Bogiem oraz między człowiekiem a innym (czy za Levinasem – Innym). Na kształt Jego myśli o pierwszym aspekcie niebagatelny wpływ miała filozofia dialogu ks. Józefa Tischnera. Podobnie jak Tischner, dostrzegał Jan Kaczkowski „dramatyczną bliskość” Boga. I umiejscawiał ludzko – Bożą relację na scenie aksjologicznej, a zwłaszcza agatologicznej. Dobro, dążenie do dobra, do udoskonalania samego siebie oraz relacji z Bogiem i z Innym miało dla Księdza Jana znaczenie fundamentalne.
       Wśród wielu pytań pojawia się bardzo ciekawe zagadnienie genomu Chrystusa. Ksiądz Jan wysnuł teorię, że ponieważ Duch Święty nie miał genotypu (gdyby miał, teologia chrześcijańska obróciłaby się w ruinę!), połowa genomu Chrystusa musi być „uniwersalna”, kompatybilna z genotypem każdego człowieka. To bardzo piękna i bardzo pokrzepiająca idea: dzięki temu każdy z nas, wierzący czy też nie, nosiłby w sobie cząstkę Jezusa. I nadzieję na zbawienie dla najbardziej błądzących.
       
        Na dialogicznej scenie międzyludzkiej istotne jest chrześcijańskie zobowiązanie do poszanowania indywidualności Innego, choćby charakter owej indywidualności odbiegał od wizerunku idealnego bliźniego lub nawet całkowicie się z nim rozmijał. Bycie nieczułym na inność czy dziwność Innego buduje przestrzeń grzechu w relacjach. Strach przed odmiennością zamyka w klatce uprzedzeń i stereotypów, tragicznie separuje od ludzi, bez których nie da się istnieć. Bycie monadą jest wygodne, ale nieskuteczne. Samotność, nawet wybrana, nawet zgodna z naturą, zgodna z wewnętrzną dysfunkcją skazującą na los „wilka stepowego” nigdy nie jest dobrym wyborem. Musi przyjść moment, w którym ten miecz nas zabije.
      Ksiądz Jan przyznaje z piękną otwartością i niemałą odwagą, że jako młody kapłan był „katotalibem”. Szczęśliwie porzucił drogę chłosty i miecza, oczyścił swą scenę z zakusów nawracania, bo gdyby tego nie uczynił poległby najpierw na jednym z najistotniejszych egzystencjalnie placów: na placu rodziny. Ojca – człowieka oddalonego od spraw religijnych – musiałby znielubić i nieustannie krzyżem biczować. Toteż wolał zacumować w myśli, że nie mamy moralnego prawa osądzać innych w kontekście ich wyznania. Skoro wiara jest łaską, nawracanie zostawmy Bogu. „Smutni są nieżyczliwi chrześcijanie” – powiadał. I podkreślał, jak groźna bywa wiara w Boga pozbawiona wątpliwości. Człowiek, który narzuca innym wiarę nie dostrzega momentu, w którym owa wiara staje się ideologią, „karykaturą” religii. Bowiem narzucić można WYŁĄCZNIE ideologię.

       Relacja między człowiekiem i Bogiem musi być oparta na absolutnym zawierzeniu i zaufaniu. Jednocześnie musi być relacją dialogiczną. Modlitwa nie może mieć charakteru roszczeniowego, winna być rozmową. Przejawem błądzenia w żywiole wiary jest obarczanie Boga odpowiedzialnością za choroby, które są wynikiem naszej biologicznej natury i przypadku. Bóg, będący miłością, nie może być ojcem nieszczęścia ani chorób. To tworzyłoby wewnętrzną sprzeczność. Nie można tracić z oczu najważniejszego dla chrześcijanina kontekstu biologiczności: Chrystus zbawił nas za sprawą ciała. Umarł w ciele. Na tę śmierć pozwoliła mu biologia. Gdyby natura Chrystusa nie posiadała elementu ludzkiej śmiertelności, nie można by mówić o zbawieniu. Poprzez ciało Chrystus partycypował w dziejach ludzkości i za jego pośrednictwem człowiek może odszukać Boga w Innym.
      Jednak dialog z Bogiem odbywa się na kilku płaszczyznach. Jedną z nich jest ciągła potrzeba pytania i szukania odpowiedzi. Można być zatem w wierze sceptycznym: poszukiwanie, wędrowanie ku Bogu świadczy o wewnętrznym rozwoju. Tak dzieje się często podczas Adwentu, który rodzi obawy eschatologiczne: czy Bóg istnieje rzeczywiście, czyśmy go sobie w tęsknocie za transcendencją nie wymyślili? Zazwyczaj chrześcijańska dusza każe nam się otrząsnąć z tych wątpliwości, ale one wracają i, co Ksiądz Jan Kaczkowski podkreśla, mają prawo istnieć. Istotą prawdziwie głębokiej wiary i autentycznej relacji z Bogiem jest stawianie pytań. W religijnym nurcie naszego życia pewność, absolutna i niezachwiana, bywa zwodnicza i niebezpieczna. Z Bogiem należy dyskutować, z Aniołem Stróżem pozostawać w przyjaźni.
        Relacje z Innym bywają nie mniej dramatyczne. Czasem konieczne bywa zerwanie więzi z drugim człowiekiem, jeżeli kontakt jest toksyczny, zagraża naszej wewnętrznej integralności, okalecza, jest wyraźnie niebezpieczny. Ochrona własnego życia jest moralnym obowiązkiem każdego człowieka. Ksiądz Jan mówi jednak o konieczności przebaczenia, zanim się zerwie nici chorego związku. Przebaczenie działa katartycznie. Nie pozostawia w nas niszczącej odrazy i nienawiści, pozwala stanąć na twardym gruncie i z pogodą budować nowe relacje.
         Zawsze należy walczyć i dbać o dobre związki i mocne więzi z innymi. To ludzka powinność, która  musi stanowić imperatyw aktywności interpersonalnej. „Kto nie zawalczył o relacje ten drań” – stanowczo definiuje Jan Kaczkowski egzystencjalne klęski, wynikające z grzechu zaniechania.
           Ksiądz Jan często powraca do kwestii wolności, która w Jego przekonaniu zaświadcza godności człowieka. Problemem może być nieumiejętne z niej korzystanie, mylenie z samowolą, nieposzanowanie granic Innego. Łatwo to zaobserwować na przykładzie stosunku do mnożenia dóbr. Bogactwo nie jest niechlubne. Przeciwnie, może jak najlepiej służyć dobru. Przy tym dzielenie się nie jest powinnością zamożnych. Mają takie prawo, nie jest to jednak społeczne zobowiązanie. Wymaganie, by owoce własnego trudu rozdawali jest absurdalne w równym stopniu, jak przekonanie, że sprawiedliwy podział dóbr to podział „równy”. W sprawiedliwości nie o równość chodzi, lecz o adekwatność, czyli o to, by każdy dostał to, do czego jest predysponowany.


            Prymarnym zadaniem ludzkiego życia jest wedle Księdza Jana „pisanie własnej ewangelii”. Mamy być dobrą nowiną dla innych, ale także, a może przede wszystkim dla samych siebie. Nie możemy być wygnańcem z własnej biografii, żyć przeciwko sobie, łamać własnej godności. Musimy mieć odwagę iść za własnym głosem, nawet jeśli pójście po śladach tłumu jest o wiele prostsze i mniej bolesne.

            Życiową cezurą dla Księdza była wiadomość o tym, że w jego mózgu rozgościł się glejak.  „Już gorzej wylosować się nie dało”, mawiał. Wiedział, że śmierć idzie tuż za plecami. Chciał przeżyć ją godnie. Wiedział, że aby tak się stało, musi zaistnieć możliwość uśmierzenia fizycznego bólu środkami sedatywnymi. W człowieku wyjącym jak zwierzę nie ma godności. Ból odbiera godność.
              Oczekiwanie cudu w chorobie jest dla człowieka wierzącego naturalne. Ksiądz Jan przestrzega jednak przed wznoszeniem na tak niepewnym fundamencie wiary i nadziei. Bo cud może się nie zdarzyć. I zamiast obrażać się na ukochanych chorych, że nam umykają przed czasem, zamiast zatrzymywać ich za wszelką cenę przy życiu, należy pozwolić im na godną śmierć, być z nimi najbliżej, „wszystko otulić miłością”.
            Księdza Kaczkowskiego choroba wwiodła znienacka w przestrzeń wolności. Odebrała strach, obdarowała spokojem. Otwarty na Boga i ludzi, opatulił się miłością i działał, dopóki mógł. Dlatego też we wszystkich swych kazaniach akcentował wagę miłości. Jej moc wartościotwórczą, jej autentyczne piękno. Jego zdaniem należy dbać o pogodę ducha w sytuacjach granicznych. A w każdej sytuacji należy dążyć do budowania trwałych relacji, uświęcać codzienność czułością i bliskością oraz cieszyć się z drobnych rzeczy. Smakować życie jak dobre wino i soczystą polędwicę. Fundować sobie kulinarne „odloty mistyczne”.
           Ciekawy jest obraz pośmiertnego świata wyobrażony przez Księdza. Niebo utożsamia ze spełnieniem, czyściec z tęsknotą, piekło zaś ze strachem i nienawiścią. Przy tym nie sądzi, by na potępienie piekła skazywał nas Bóg. To człowiek, nie potrafiąc korzystać z daru wolności, samego siebie wypędza z nieba w otchłań pustki i nieskończonej samotności.

            Jak nie skazać się na banicję z kręgu łaski? Ksiądz Jan przestrzega przed moralną acedią, przed duchowym lenistwem. Wyznaje konieczność dążenia do bycia najdoskonalszą wersją samego siebie, nieustannego wzrastania do świętości, która jest naszym przeznaczeniem. Ludzką powinnością jest iść za głosem sumienia, nawet jeśli sumienie błądzi. Nie mamy moralnego prawa, by je łamać. Droga sumienia jest jedynie słuszna. Człowiek ma nieodpartą skłonność do zakłamywania i zagłuszania tego najważniejszego głosu. Dlatego tak często błądzi w żywiole własnego sumienia, czego konsekwencją jest grzech i wysuwanie się z przestrzeni łaski.
         Ksiądz Jan daje prztyczka w nos ortodoksji katolickiej podkreślając, że dobro nie mieszka w wierze w Boga. Dobro ma źródło we wrażliwości. Można być złym katolikiem i dobrym ateistą. Wiara nie ma mocy ubierania nas w złotogłów niewinności. Sromotnym tego przykładem są „łajdaczący się” i pazerni księża.
          Zarówno łaska jak i grzech objawiają się w intencjach. Ksiądz Kaczkowski stawia tu bardzo mądry drogowskaz: obowiązki stanu muszą wyprzedzać obowiązki religijne. Mamy powinność służyć Bogu nie zaniedbując służby ludziom. Nie można opuścić chorego, aby uczestniczyć w eucharystii. Aby wejść w dialog z Bogiem, wystarczy gest miłości uczyniony człowiekowi.
         
            Fundamentem życia człowieka wierzącego jest według Księdza Jana dążenie do zbawienia. Wiodą do niego różne drogi. Droga bogactwa, które zostaje rozgrzeszone oraz droga mądrości. Mądrość intelektu (scientia) nie może się równać z mądrością doświadczenia życiowego (sapientia). Sapientia zawsze wiedzie prym i to w niej należy szukać oparcia, jeżeli nie chcemy być stuletnimi idiotami. I to sapientia ułatwia nam wędrówkę ku zbawieniu. Nie należy dopuszczać do rozleniwiania ducha, bo acedia nigdy nie współpracuje z sapientią. Ksiądz Jan podkreśla przy tym, że na uwadze możemy mieć jedynie własne zbawienie, bo na zbawienie innych mamy znikomy wpływ.
              W dążeniu do zbawienia nigdy nie należy zapominać o spowiedzi i komunii. Wyznanie grzechu, pojednanie i pokuta mają szczególną moc w dialogu z Bogiem. Trzeba być bardzo uważnym wobec tych sakramentów. Jeżeli z jakiegoś powodu nie czujemy się godni przyjęcia komunii, powinniśmy jej zaniechać, choćbyśmy jako jedyni zostali w kościelnej ławce. Tak, jak wskazane jest posiadanie stałego spowiednika, tak absolutnie niesłuszne, uwłaczające obecności Chrystusa w eucharystii jest zbiorowe przyjmowanie sakramentu pojednania. Ksiądz Jan kładzie nacisk na konieczność głębokiej refleksji zanim wyruszymy na to jakże intymne spotkanie z Bogiem.
             

             Pisząc życiem osobistą ewangelię, idąc krętą ścieżką ku zbawieniu, nigdy nie obrażajmy się na Boga. Jaki sens ma obrażanie się na Miłość?

          
- in memoriam Księdza Jana Kaczkowskiego -

piątek, 1 kwietnia 2016

Życzę wam, żebyście napisali życiem swoją ewangelię
BON MOTY KSIĘDZA JANA


Dziękuję ci, mój raku, że wyzwoliłeś mnie z wielu strachów.

                                           ***

Pacjent nie może umrzeć z bólu, głodu, pragnienia, nie możemy pozwolić mu się świadomie udusić.

                                          ***

Katolik nie może być anty drugi człowiek (…). Im bardziej ktoś jest inny, im bardziej ktoś jest dziwny, tym bardziej ma twarz Chrystusa.

                                         ***

Nie chcę być jak brazylijski wyciskacz łez…

                                         ***

Trzeba nauczyć się przeżyć godnie własną śmierć.

                                         ***

Własnej śmierci nie da się schrzanić (…) Nie zdarzyło się, by ktoś nieskutecznie umarł.

                                         ***

Wszędzie są dusze nieśmiertelne.

                                         ***

Bóg jest stały, niezmienny, wierny.

                                        ***

Pewnie sam proces odchodzenia jest nieprzyjemny, ale później mamy przerastającą nasze wyobrażenia rzeczywistość. Taką, która nas przekracza – wspaniałą, kiedy jesteśmy zbawieni; pełną tęsknoty, kiedy oczekujemy w czyśćcu, i pełną przerażenia oraz nienawiści, kiedy jesteśmy potępieni.

                                        ***
Małżeństwo jest ogromną wartością, przysięga także, ale nie wtedy, kiedy staje się zagrożeniem psychicznym lub fizycznym dla nas lub naszych dzieci.

                                         ***

Nie czekaj na cierpienie, które ci uporządkuje życie.

                                          ***

(…) warto przegrać zewnętrznie, ale wygrać moralnie (…).

                                         ***

Jeżeli ktoś zapuka do niebios bez łaski uświęcającej, to może usłyszeć: nie znam cię, bo nie świecisz.

                                        ***

(…) jedynym celem naszego życia jest zbawienie. Wszystkie środki mają służyć temu celowi, nawet zarabianie forsy.

                                        ***

Żebyśmy w momencie śmierci płonęli wewnętrznym światłem, musimy nagromadzić w sobie dużo oliwy, czyli łaski.

                                       ***

Można być leciwym matołem.

                                        ***

Trzeba stale współpracować z łaską Bożą, dolewać oliwę do swojej lampy, rozwijać cnoty – one są przeciwieństwem wad, grzechów głównych, których jestem siedliskiem.

                                        ***

Korzystajmy z daru wonności, póki go mamy.

                                        ***

Bogaci wcale nie mają obowiązku się dzielić.

                                       ***

(…) strzeżmy się małych i wielkich szwindli, one się nie opłacają.

                                       ***

Jesteśmy biologią, jakoś się musimy zepsuć.

                                       ***

(…) Duch Święty nie posiadał genotypu. Cała teologia by się nam wywaliła, gdyby posiadał.

                                       ***

(…) embrion posiada godność osoby, choćby przez to, że ma zupełnie inny kod genetyczny od matki i ojca.

                                       ***

Jesteśmy biologią, Chrystus też nią był.

                                       ***

(…) nie możemy wiary czy nadziei budować na cudzie.

                                       ***

W Auschwitz Bóg był w przykazaniu „Nie zabijaj!” (…)

                                      ***

 Śmierć (…) jest tylko jakąś granicą. 

                                      ***

(…) jesteśmy wolni, mamy prawo odstąpić od terapii uporczywej, nikt nie ma prawa nas do niczego zmuszać ani oszukiwać nas w chorobie.

                                        ***

Musimy wszystko otulić miłością.

                                       ***

Dla mnie słowo „powinność” jest kluczowe. Obowiązek bywa narzucony z zewnątrz, powinność to jest coś, co odczytuję jako dyktat mojego jestestwa. Zatem jeśli na przykład przestaniecie walczyć o relacje z najbliższymi, to będzie coś najgorszego, co możecie w życiu zrobić. Jeżeli zaniedbaliśmy bliskość, przytulanie, zaufanie, jeżeli łamiemy sumienie, to wtedy mamy się czego bać.

                                       ***

(…) największą tragedią człowieka jest strach, który go paraliżuje, zwłaszcza moralnie.

                                       ***

Ani przykazaniami, ani krzyżem, nawet w najlepszych intencjach, nie można nikogo chłostać.

                                        ***

To, co nas od reszty białek odróżnia, to sumienie.

                                        ***

Granica między dobrymi i złymi wcale nie musi przebiegać między wierzącymi a niewierzącymi. Raczej między wrażliwymi a niewrażliwymi.

                                        ***

Jesteśmy mistrzami świata w oszukiwaniu i zagłuszaniu własnego sumienia.

                                        ***

Kto nie zawalczył o relacje, ten drań.

                                        ***

Świadomość i wrażliwość decydują o naszym zbawieniu lub potępieniu.

                                         ***

Hospicja to praktyczna katolicka odpowiedź na eutanatyczne myślenie świata.

                                         ***

Wierność, (podobnie jak wolność) jest najwyższą emanacją ludzkiej godności (…).

                                         ***

Niewierność (…) jest zawsze przegraną człowieka.

                                         ***

Nie w czynach kryje się łaska czy też grzech, ale w wewnętrznym nastawieniu.

                                         ***

(…) ważniejsze są obowiązki stanu niż obowiązki religijne.

                                         ***

Płacz jest bardzo męski.

                                         ***

Zastanawiam się (…): a jeżeli po tamtej stronie jest pustka, jeżeli istnienie Boga jest tylko ułudą?

                                         ***

Jeżeli mielibyście Państwo obraz Boga, który zsyła na nas tsunami, wypadki, choroby i najchętniej wygrażalibyście mu palcem, mówiąc: dlaczego mi to zrobił?, to wolałbym, żebyście byli niewierzący. Bo taki Bóg po prostu nie istnieje.

                                        ***

Z punktu widzenia etycznego cierpienie fizyczne ma zerową lub znikomą wartość.

                                        ***

Mistyki należy szukać w prozie dnia codziennego.

                                        ***

Nie dajmy się zmaltretować kłopotom.

                                       ***

Choroba nie zwalnia z pogody ducha.

                                       ***

Z Bogiem można, a nawet należy, wchodzić w dialog, w spór.

                                        ***
 

Tylko Bóg zna kontekst życia poszczególnych osób.

                                        ***

 Smutni są nieżyczliwi chrześcijanie.

                                        ***

 Błąd polega na tym, że zła szukamy w innych, nie w sobie.

                                        ***

  Zawsze, kiedy religię mylimy z ideologią, to ona przeradza się we własną karykaturę.

                                       ***

  Nie ma nic gorszego niż łajdaczący się ksiądz.

                                      ***

  Nic tak nie niszczy kapłanów jak forsa.

                                      ***

  Jedynym naszym zabezpieczeniem jest zaufanie Panu Bogu.

                                      ***

  Kryterium przynależności do Boga jest prawość.

                                      ***
 

 (…) pycha kroczy tuż przed upadkiem.

                                      ***

 Trzeba bezsprzecznie reagować na zło.

                                     ***

 Nie ma katolicyzmu bez wolności.

                                      ***

 Nie bójcie się wolności, która tak naprawdę jest kwintesencją naszej ludzkiej godności.


                                      ***
   
 Musimy mieć odwagę zejścia na samo dno naszego jestestwa i powiedzenia sobie, co jest dobre, a co złe.

                                       ***

 Zło polecone przez autorytet jeszcze bardziej deprawuje podwładnego.

                                                       
                                       ***

 Każda władza deprawuje, a władza absolutna deprawuje absolutnie.

                                        ***

 Nie wolno działać w wątpliwościach.

                                       ***
 

Chrześcijaństwo nie może być plastikowe, ani pluszowe, bo będzie nieprawdziwe.

                                       ***
 

Rozświetlić sumienie może tylko Boża łaska.
        
                                       ***
 

Akt wiary nigdy nie zwalnia nas z myślenia.

                                        ***
 

O wiele łatwiej być z tłumem niż przeciwko niemu.


                                        ***

 Wieczny będzie ten, kto ma odwagę wejść w przestrzeń męki Chrystusa, skrzyżować swoje życie z Jego życiem.

                                         ***

  Prawość sumienia zdarza się u wielu niewierzących. Nie trzeba być katolikiem, żeby być dobrym człowiekiem.
      
                                          ***
 

  Życzę wam, (…) żebyście napisali życiem swoją ewangelię.

                                           ***

  Każda spowiedź jest spowiedzią na krawędzi.

                                           ***

  Przebaczenie oczyszcza przede wszystkim tego, kto wybacza.

                                           ***
   
  Świadoma praca nad sobą świadczy o duchowym rozwoju.

czwartek, 31 marca 2016

     Źródło: http://nowespojrzenie.com/ks-jan-kaczkowski/


WYLOGOWANIE KSIĘDZA JANA

            (dyptyk)

-in honorem Jana Kaczkowskiego -
      
                   I.

 I wtedy przepowiadane,
choć nie czekane, nie upragnione.
Znienacka zawsze, a w samą porę.
Z ciała w błogosławieństwo.
Z łaski wiary w łaskę zbawienia.

W ramiona z krzyża.
W ramiona z miłości.
W światło niegasnące.
Bez laski, bez okularów.
Z "miłosierdziem" w szepcie.

Rajskie księgozbiory,
w których nie zmęczysz oka.
Ksiądz Tischner w dialog wiedzie.
Z góralskim zawołaniem,
z czułością dobrego mędrca.

Winnice! Wszystkie twoje!
Do upojeń bezgrzesznych.
Polędwicy nie ubędzie,
gdy ugościsz głodnego
erystycznej biesiady.

Śmiech twój słyszę.
Serdeczny okład na niepokój.
Pogromcę strachu.
Milczenie, zanim powiesz,
że wiara służy prawdzie.

I ziemia taka bliska,
bo miłość idzie dalej.
Niesie się z tobą, Janie.
Przez ciebie wraca w tych,
co zostali. Którzy jutro przyjdą.

Stań w bramie. Czekaj.
Z niebieskim gruntem pod nogami
Na petardzie pełnej siły.
W wiecznym splendorze, który
dany tylko arystokratom ducha.

                  II.

 Ułóż mi mandalę z modlitw.
O zmartwychwstaniu opowiedz.
Twoim, przecież tu jesteś.
Czuję ramiona obejmujące
motyle dobra we mnie.

Sumienie - jak talizman -
na dłoni kładę. Popatrz,
czy czyste. Powiedz, czy do
świętości daleka jeszcze droga.
Czy bez ciebie dotrwam, Janie?

Kochać do krwi. Do krwi przebaczać.
Rozumieć. Słuchać. Milczeć,
gdy słowa nie zdążą albo okaleczą.
Zbawienia wyglądać między
cierniami. Serca nie zaniedbać.

W życiu być tak bliskim, jak
w godzinie odemkniętej bramy.
Nie uciekać. Trwać. Czuwać.
Wsączyć się w rany jak woda,
gdy staje się winem przejścia.

Mówisz do mnie. Z daleka
taki bliski. Tuż obok.
Bez mozaiki konfesjonału.
Z dłonią uśpioną w dłoni.
Z okiem promiennym w Bogu.

/Joanna Ellwart/

niedziela, 13 marca 2016

AGNIESZKA CHYLIŃSKA "ZEZIA I WSZYSTKIE PROBLEMY ŚWIATA"

Nie spodziewałam się, że Agnieszka Chylińska wróci jeszcze do Zezi. Wydaje się, że i ona sama także się tego nie spodziewała. Może spełniła jedynie prośbę Czytelników? Wskazuje na to obecne w książce znużenie. Znużenie Autorki. Niedookreślenie, niedopracowanie, brak uważności poświęconej bohaterom. Nic dziwnego, że lektura owocuje niedosytem. Otrzymujemy wersję roboczą, zamiast wycyzelowanego tekstu.

W życiu Zezi rozpoczyna się okres burzliwego dorastania. Nastoletnie napięcia, zamykanie jednych dróg, by otworzyć inne. Nowe wyzwania i zmaganie się ze światem dorosłych, który staje się zarazem coraz bliższy i coraz bardziej obcy. W domu i wokół domu spiętrzają się huraganowe chmury. Zaleczone rany, zabliźnione już i niemal zapomniane otwierają się na nowo i na nowo bolą.

Zezia kolejny raz doświadcza koleżeńskiej zdrady. Julkę straciła za sprawą fizycznego oddalenia po przeprowadzce do Malinówki. Andżelikę traci w sposób trudny do zrozumienia i do zaakceptowania dla jedenastolatki. Andżelika opuszcza ją bez słowa wyjaśnienia. Oddala się i przepada u boku innej dziewczynki. Podąża obcą drogą, dopasowuje się do nowych wzorców. W jej świecie nie ma miejsca dla skromnej Zezi. Agnieszka Chylińska nie zostawia jednak Zezi, a właściwie chwilowo Zuzi, w pustce osamotnienia. W szkole pojawia się para nowych uczniów. W dziewczynce znajdzie Zuzia bratnią duszę, chłopiec obudzi nastoletnie serce do skrytych zachwytów. Będzie też czas na rozbudzenie pasji sportowej dziewczynki. Życie nagle przyspieszy, ale na kartach tej krótkiej powieści ten pośpiech będzie wyczuwalny jedynie w tle. Perypetie sportowe, szanse i rozczarowania. Pozorne szczęścia innych i rzeczywiste problemy własnej rodziny. Klęski na bieżni odkryją prawdziwe oblicze obiektu westchnień, a niezauważany dotąd kolega okaże się prawdziwym wsparciem. Serce Zuzi będzie musiało rozpoznać, kto jest fałszywy, kto autentyczny i oddany. O oddaniu opowiedzą jej rozmowy, niekrępujące miłe milczenie, a wreszcie prezent, o jakim marzy każda dziewczyna. Nie tylko nastoletnia.

Agnieszka Chylińska nie ucieka przed dotykaniem w powieści tematów trudnych, ale też fundamentalnych dla ludzkiego doświadczenia. Zuzia musi poradzić sobie ze śmiercią. Do tej pory nie spotkała jej twarzą w twarz, śmierć zdarzała się innym rodzinom, dom Zuzi omijała. I ledwie otrząśnie się ze straty, ujrzy kłębowisko obcości, narosłej między rodzicami. Usłyszana przypadkiem rozmowa, spotkanie mamy w towarzystwie kogoś, kto mamę wyraźnie odmienia, zapadanie się taty, jego oddalenie i rezygnacja popchną Zuzię do szukania pomocy na zewnątrz rodzinnego świata. Niestety, nie dowiemy się, kto lub co tak naprawdę zmienił wektor działań i uczuć rodziców. Czy ksiądz, któremu Zuzia powierzyła swe obawy? Czy Babcia? Czy jeszcze ktoś inny? Czytelnik stoi na progu rozpadającego się domu, a po chwili widzi ten dom jaśniejący odrodzoną miłością. I odnosi się wrażenie, że gdzieś przepadł brakujący rozdział, że coś ważnego powinno być nam dane. Droga do uzdrowienia relacji. Obserwacja rodzicielskiego powrotu do wzajemności i obecności. Tymczasem było fatalnie, sztorm przybierał na sile, mama prawie pakowała walizki, a nagle pstryk! i jesteśmy w rzęsiście oświetlonym pokoju, w którym rzeczy i ludzie stoją na właściwych miejscach i nikt nie ma co do tego wątpliwości.

Mimo potknięć, mimo niedopracowania, mimo autorskiego zaniedbania, nie jest to powieść ani zła, ani błaha. Trochę postrzępiona, trochę pourywana, ale z pewnością ważna. Z pewnością potrzebna.

piątek, 11 marca 2016

HARLAN COBEN  "NIEZNAJOMY"


Trudno pojąć, co się stało z piórem Harlana Cobena, ani tym bardziej z jego literacką wyobraźnią, kiedy tworzył "Nieznajomego". Trudno pojąć, jakie czynniki odpowiadają za powstanie powieści tak rażąco odbiegającej poziomem od rzeczy popełnionych wcześniej.Czytelnik, przyzwyczajony do mistrzowskiego kunsztu, rzuca się na gromko zapowiadaną nowalijkę jak wygłodniały rekin, a tu śpiączka. A tu marazm, żadnego kryminału, a tym bardziej thrillera niegodny. A tu ślimaki przez strony kolejne suną tak leniwie, że kroplówka z kawą nie przyniesie ocalenia.

Oto historia, z której nikt nie wychodzi cało. Zostawiamy za sobą armię poległych. W sensie dosłownym i metaforycznym, w wymiarze fizycznym lub duchowym. Każda strona broczy krwią, a jeśli nie krwią, to potem spływa, a jeśli nie potem, to wewnętrznym rozpadem. I nie ma pewności, czy w istocie jej głównym bohaterem jest paskudnie zaskoczony Adam Price. Można odnieść wrażenie, że niekoniecznie. Ci, którzy współuczestniczą w jego doświadczeniu, stając się ofiarami podobnych manipulacji tytułowego Nieznajomego, są nie mniej ważni, niż Adam. Adam tylko momentami zajmuje miejsce w pierwszym szeregu. Plany fabularne ulegają przemieszczeniu, i nic dziwnego, skoro każdy z bohaterów zmierza w ciemność.

Adam, postawiony oko w oko z demonem tajemnicy, którą skrywa przeszłość jego żony, przepada w pyle własnej dumy i fałszywie pojętego honoru. Ten honor zbuduje schody do koszmaru, z którego trudno będzie się wydostać. Jedno pytanie odsłoni kurtynę, za którą ukaże się obraz małżeństwa, którego wolałby nigdy nie zobaczyć. Rozsypią się ściany domu.

Podobnie dzieje się z innymi bohaterami, do których dotarł Nieznajomy. Gubi ich ambicja, egoizm, albo mylna percepcja miłości. Nieznajomy zderza się z misją budowania dobra na fundamentach zła. Niesienie katharsis poprzez odsłonięcie ludzkich błędów nie może się powieść. I nagle nikt nie jest tym, kim się wydawał. Ojcowie chronią własne rodziny, rujnując życie innych. Zdegradowany psychopatyczny policjant udowadnia, że nawet poświęcenie może zmienić człowieka w bestię. Przyjaciele okazują się bezwzględnymi mordercami, szukającymi usprawiedliwienia dla swych nieprawości. I nawet Adam, do tej pory stojący na straży prawa, ulega atmosferze obłędu i decyduje się na rozwiązanie, które radykalnie zmienia jego portret. Dzieci skarlałych moralnie ojców nadal będą spotykać się w sportowej drużynie. Być może nigdy nie dosięgnie ich prawda o tym, kto po meczu otacza ich ramieniem. A Nieznajomy? Złudzenie prawdy zawsze znajdzie drogę.

Jakimż potencjałem ta historia dysponowała! Bo przecież styl i język opowieści zostały w stanie nieskażonym. I idea uwikłania w zaciskającą się pętlę fatalnych niespodzianek zwielokrotniała literackie potencje. Ale to wszystko zawisło pod okapem melodramatycznych miazmatów! Ale się nie działo, a jeśli działo to przewidywalnie. W tempie telewizyjnego tasiemca. W zalewie niepotrzebnych słów. W powodzi psychologicznie płytkich opisów. W grzęzawisku nudy Cobenowi nieprzystojącej.

wtorek, 1 marca 2016

JOANNA FABICKA "RUTKA"

   Joanna Fabicka jest jedną z tych pisarek, których pióro nie zawodzi. Słowo jest im posłuszne, opowieść uległa słowu. Nie zabłądzisz pomiędzy obrazami, nie przepadniesz na manowcach. Dziecko rozpozna je intuicyjnie, dorosły na mocy doświadczenia i wiedzy, niekiedy także na mocy pamięci. Tak dzieje się w „Rutce”.

     „Rutka” rozgrywa się w świecie dziecięcych przeżyć i dziecięcych wyobrażeń. Jej bohaterami są dzieci, ale czy one, lub czy tylko one są jej adresatem? Historia, która wyłania się z kart „Rutki” nie odczyta się młodemu człowiekowi poza oglądem czysto intuicyjnym. Bo to opowieść o partycypowaniu w czasie, którego żadne dziecko nie obejmie. Dziecko do rozpoznania głębi tej pięknej opowieści ma czucie; jeśli czucie nie wystarczy, pomoże „mędrca szkiełko i oko”, dostępne dorosłemu odbiorcy. Dlatego tę książkę powinno czytać się wielopokoleniowo.

     Zosi, dziesięcioletniej mieszkance łódzkich Bałut, doskwiera letnia samotność. W wyludnionej wakacyjnie dzielnicy została niemal zupełnie sama. Mama przepakowuje walizki między kolejnymi służbowymi wyjazdami, ziemia paruje w upale, na opustoszałym podwórku usycha smutna wierzba. Zosia usycha pośród rozgrzanych ścian i bez jakiegokolwiek towarzystwa. Z dystansem przyjmuje przyjazd ciotki Róży, która ma się nią zaopiekować pod nieobecność mamy.

     A potem ciotka się zjawia i historia rozwija skrzydła. Bo to przedziwna staruszka. Staruszka o zawadiackim wejrzeniu, nieokiełznanym temperamencie i osobowości, która przywodzi na myśl Pippi. Ciotka nie wyrosła z dzieciństwa, dlatego doskonale rozumie Zosine tęsknoty i potrzeby. Przywozi ze sobą ciepło i obecność. Przywozi niedorosłe pomysły i nadzwyczajne postępki. Miejsce brudnych skarpetek jest za oknem, a arbuzowych pestek można pozbyć się uszami. Czyż nie?

    Zosia w obecności ciotki odzyskuje swobodę, ale nie pozbywa się poczucia osamotnienia. Tęskni za przyjaciółką, za wzajemnością. I wówczas pojawia się Rutka. Rudowłosa, zadziorna, tajemnicza. Z jaką czułością opowiada Joanna Fabicka o tej niezwykłej dziewczynce! Z jaką finezją ją rysuje! I jak plastycznie oddaje klimat czasu spędzonego z Rutką. Czasu wyłącznie zyskanego. Ujętego w klamrę gromkiego śmiechu, wzruszenia, lęku, łez. Jest w tym autentyczność. Szczerość jest. I jest historia. W zrujnowanym domu Rutki, na zapomnianej stacji, na odmienionych nagle ulicach dzieją się rzeczy ważne i nienazwane. Zosia w spotkaniach z Rutką dotyka historii, której nie zostanie przypisane żadne imię. Imiona dookreślą się w głowie dorosłego czytelnika. Spłyną między obrazami, w echu języka, w atmosferze paniki, wypełniającej ulice, w rdzawej barwie rzeki i pól, w cierpkim smaku owoców. Dziecku Joanna Fabicka nie musiała tego dawać. Dziecko, jeśli zechce, zapyta. Co to za język, w którym śpiewa Rutka i którym mówią jej rodzice, przywołani we wspomnieniu? Przed czym uciekają dziewczynki? Co to za Biały Pan czyha na dzieci? I dokąd wyjechała rodzina Rutki? Zosia rzadko pyta. Zosia przeżywa z Rutką jej czas, jakże inny, niż jej własny. W tym czasie wszystko jest możliwe. I rzeka się czerwieni, i lot jest możliwy, choć skrzydła nie rosną, i zmartwychwstanie bezgłowych kurczaków, a nawet przyjaźń z takim kurczakiem. Gdy rzeczywistość przestaje być przewidywalna, świat stwarza się w czerwonej czapeczce, wydzierganej dla nieistniejącej głowy. W tym niepojętym czasie ani razu nie pada słowo „wojna”, „Żyd”, „getto”. Ale nie musi paść, by historia wybrzmiała do ostatniej litery. Rutka pokazuje Zosi skarbiec wspomnień. Wykradła je, zamknęła w kufrze, jak Liesel „Złodziejka książek” – książki. Miłość i tęsknotę. Lęk. Czeka na rodziców i brata, a potem czekać przestaje. Dojrzewa do niepowrotu. Do prawdy. I do własnego ułożenia się w przypisanym jej momencie historii. Pokazuje Zosi, jak zacumować w najpiękniejszym wspomnieniu, w najczulszym akordzie własnej biografii.

      Rutka przenika do świata Zosi, ale nie może tego zrobić dla jej mamy. Mama utknęła w teraźniejszości, a dzieci przeszłości są widzialne jedynie dla tych, którzy nie boją się pamiętać, dla których czas nie ma jednego wymiaru. Ciotka Róża widzi Rutkę bardzo wyraźnie. Ale ona, akurat ona musi ją widzieć. Kto po tę książkę sięgnie, łatwo odgadnie, dlaczego.

     Joanna Fabicka bez moralizatorstwa i bez patosu, pomiędzy złączonymi dłońmi Zosi i Rutki, pomiędzy zdjęciem niekompletnej rodziny a skrzynią zatrzymującą pamięć, przypomina, że wszyscy jesteśmy dziećmi przeszłości i że bez jej zrozumienia, nie zbudujemy ani wartościowego „dzisiaj”, ani tym bardziej mądrego „jutra”.

  

środa, 27 stycznia 2016

TOMASZ KOWALCZYK "SEKRET TWOICH OCZU"



    Dawno już wzięłam rozbrat z poezją. Dawno ją pożegnałam, gdy po dwóch tomach Pawła Wojciechowskiego, które bez echa minęły i w nikim poza mną chyba nie rezonowały, po tym przełomie gwałtownym uznałam, że nie ma czego szukać u poetów rówieśnych i w prozie się ukryłam, i w prozie ocalenia poczęłam szukać. Stanisław Barańczak na osłodę mi został. I mistrzowie przebrzmiali, do których nikt nie wraca, odtrąceni, wyszydzeni, zapomniani.

      Aż nagle w mrokach poetyckiej nocy gwiazda zajaśniała nowa, planeta tak gorejąca, że z niej galaktyka cała zdaje się wypromieniać. Nadzieją niepospolitej urody. Nadzieją dla rodzimej literatury, obumarłej i spłaszczonej w jednobrzmieniu.

     I kto to do drzwi mistrzów odrzuconych zapukał? Kto wziął sobie, co mieli najlepsze i przetoczył przez głuche dekady do ponowoczesności? Kto się nie uląkł krytyki, kto sobie za nic miał szyderców? Kto Kasprowicza, Leśmiana i Lechonia w niebach dalekich ucieszył, piękno polszczyzny na nowo odkrywając? Kto ze strofami Rilkego gawędził, aby im własnym głosem odpowiedzieć? Kto wreszcie prostotę wiersza wolnego precz cisnął i z klasycznymi formami jął się mierzyć?

     Kto?! Biada wam, rodzimi poeci, bo to młode pióro wszystkich was wespół i każdego z osobna na leksykalne oraz na formalne, a najbardziej na frazeologiczne łopatki rozkłada. Bardzo młode pióro. Zuchwałe tak, jak tylko młodość jest zuchwała. Niepokorne. Uskrzydlone dziecięcą odwagą. I obok niej powagą mędrca. Zuchwałość wytrąca język z kolein. Kpi z gramatyki. Gardzi jej prawami. Bierze sobie słowa i układa je w nowym ordynku. Mówi: „Ów drżenie” („Świt nad Burgundią”). I jak dziecko wylewa strumień słów w każdą zakładkę rzeczywistości. Zagląda w jej plisy, przetrząsa zakamarki. Nie boi się poszukiwań. Nie ma przestrzeni tabu. Rzeka słów wartko pędzi między życiem z miłością i spełnieniem, a śmiercią z rozczarowaniem i klęską. Rozbieganemu, krzykliwemu dziecku pomaga wewnętrzny starzec. To on nazywa rzeczy właściwym imieniem. To on osuwa się w odwieczną samotność artysty. To on opowiada o alienacji kochających. To on kreśli ramy świata, który z trudem daje się objąć. Młodzieniec podaje starcowi słowa, dla których znalazł nowe miejsca, starzec układa je w mandalę. Mandalę z symboli. Wibrującą, płomienną. Każda fraza coś odsłania. Przez symbolonośną kurtynę prześwieca prawda o kondycji człowieka pozbawionego złudzeń, czującego zanadto i zanadto zakorzenionego w świecie.
      
    Podmiot tych muślinowych strof jest uwikłany we własne doznania. Mości się w rzeczywistości. Żeby odkryć bezradność i żeby na nią przystać. Pogodzić się z nią. Zaprzestać szamotaniny.

„ Mam marne krótkie życie i dwie zmęczone dłonie,
Nikt nie wie nic i nicość ma wiedzę niezupełną”. („Biała zaduma”)


     Wędruje przez dookolność i prześwietla ją. Dostrzega szczegóły, syci się szczegółami.

„Opodal okienko drzewiny mchem mlaśnie,
Rozparta na piętrze żylasta skakanka”. („Prześcieradła”)


      Świat, którego złożoności nadaje imiona, odbija jego nastroje. Współgrają z nim biografie artystów, potwierdzają, że jeśli jest szalony, to każda nadwrażliwość jest szaleństwem. Chylą się ku niemu w każdym tętniącym życiem przejawie.

„Słonecznik – łzawą kulą, miota się i płacze, (…) „ („Vincent van Gogh”)

       Dookolność, choć już oswojona, nie przestaje przerażać. Wzmożonej wrażliwości doskwiera przemoc, zbyt często doświadczana od tych, którym się zaufało. I wówczas obok wiary pojawia się bunt rozpaczy. Anima lachrymans, tak czysto i boleśnie brzmiąca w poezji Jana Kasprowicza wraca w strofach ponowoczesnego poety. Bo i on wadzi się z Bogiem.

„Od przedwczoraj mroczność barłożąca śni się,
A dnie wstecz puszczałem… w marzeniach latawce…” („Ochrona”)



I on, jak egzystencjaliści, czuje, że w niebie jest pusto. Nikt nad człowiekiem nie czuwa. Nie ma komu się pokłonić. Nie ma nic poza cieniem anioła, który też być może jest tylko pobożnym życzeniem. 

„Raz, słyszałem, anioł me imię zapamiętał,
I odtąd go spostrzegam, gdy smutny wiatr kołysze.” („Czarny”)


      Co może ocalić, poza przystaniem na własną nadczułość? Miłość? Miłość jest krucha i być może daremna. Bohater wpływa w nią, chce zacumować, oddać jej swe insygnia, żeby tylko była, została, nie okazała się kolejnym złudzeniem.

„Wspinam się w mlecz gwiezdny, w hejnał nocy kruchej,
Na drabinie z duszy, nad ziemską kołyską,
Półsenny, niczyi…półstwórcą, półduchem…
Po księżyc dla ciebie, po gwiazdy… po wszystko…” („Czy się uda?”)


„ … I tylko twe oczy, twe oczy z ochotą
Oglądam, gdy mroki wietrzeją w bezdenność”. („Sekret twoich oczu”


   I choć także wybór serca zawodzi, choć zamiast miłości jest nieobecność i trzeba znów otulić się jedynym, co oswojone: samotnością:

„W miejscu, gdzie stałaś, powietrze przycichło (…)” („Motyli okrucieństwo”)

„Wytrwale czekam na twoje nieprzyjście…”(„Nie przyszła”)

      Nie można się poddać. Semantyczny ornament na to nie pozwoli. Jest jeszcze dorastanie do miłości. Cierpliwość jest. I czekanie wbrew.

„Ruszyłem, lecz przeciwnie do skrzydeł jej skakanki,
Może gdzieś w przyszłości tak samo spojrzy na mnie…
I w puch się kamień zmienia, a w mgłę piaskowe zamki…
Świat gubi czasem liście…I gasną w krąg latarnie…” („Zuzanna”)


   Bywa, że czekanie skropli się w nowe oblicze miłości. Bywa, że się zdarzy spełnienie. Z pewnością jednakże, że nawet ono nie wiedzie ku życiu.

„A ja z uśmiechem gładkim, bo uśmiech koi drogę
Tę już pokonaną i tę, co nas pożera,
Przytulę cię do piersi… bo cóż tu więcej mogę…
W świecie, w którym ciągle nas coraz więcej nie ma”. („Przewinienia”) 


   Poezja Tomasza Kowalczyka przynosi głęboką refleksję nad losem wędrowców, którzy po złote runo idą własną drogą. Nie wybierają ścieżek za cudzym światłem. Nie szukają potwierdzenia w cudzych oczach. Nie chcą się w nikim odbijać, nie pragną uzasadniać własnego istnienia czułym odruchem innego serca. Patrzą i widzą, rozumieją, czują. Pomimo. Z rzadka „dla”.

*********************

Za możliwość lektury dziękuję Autorowi