AGNIESZKA CHYLIŃSKA "ZEZIA I WSZYSTKIE PROBLEMY ŚWIATA"
Nie spodziewałam się, że Agnieszka Chylińska wróci jeszcze do Zezi. Wydaje się, że i ona sama także się tego nie spodziewała. Może spełniła jedynie prośbę Czytelników? Wskazuje na to obecne w książce znużenie. Znużenie Autorki. Niedookreślenie, niedopracowanie, brak uważności poświęconej bohaterom. Nic dziwnego, że lektura owocuje niedosytem. Otrzymujemy wersję roboczą, zamiast wycyzelowanego tekstu.
W życiu Zezi rozpoczyna się okres burzliwego dorastania. Nastoletnie napięcia, zamykanie jednych dróg, by otworzyć inne. Nowe wyzwania i zmaganie się ze światem dorosłych, który staje się zarazem coraz bliższy i coraz bardziej obcy. W domu i wokół domu spiętrzają się huraganowe chmury. Zaleczone rany, zabliźnione już i niemal zapomniane otwierają się na nowo i na nowo bolą.
Zezia kolejny raz doświadcza koleżeńskiej zdrady. Julkę straciła za sprawą fizycznego oddalenia po przeprowadzce do Malinówki. Andżelikę traci w sposób trudny do zrozumienia i do zaakceptowania dla jedenastolatki. Andżelika opuszcza ją bez słowa wyjaśnienia. Oddala się i przepada u boku innej dziewczynki. Podąża obcą drogą, dopasowuje się do nowych wzorców. W jej świecie nie ma miejsca dla skromnej Zezi. Agnieszka Chylińska nie zostawia jednak Zezi, a właściwie chwilowo Zuzi, w pustce osamotnienia. W szkole pojawia się para nowych uczniów. W dziewczynce znajdzie Zuzia bratnią duszę, chłopiec obudzi nastoletnie serce do skrytych zachwytów. Będzie też czas na rozbudzenie pasji sportowej dziewczynki. Życie nagle przyspieszy, ale na kartach tej krótkiej powieści ten pośpiech będzie wyczuwalny jedynie w tle. Perypetie sportowe, szanse i rozczarowania. Pozorne szczęścia innych i rzeczywiste problemy własnej rodziny. Klęski na bieżni odkryją prawdziwe oblicze obiektu westchnień, a niezauważany dotąd kolega okaże się prawdziwym wsparciem. Serce Zuzi będzie musiało rozpoznać, kto jest fałszywy, kto autentyczny i oddany. O oddaniu opowiedzą jej rozmowy, niekrępujące miłe milczenie, a wreszcie prezent, o jakim marzy każda dziewczyna. Nie tylko nastoletnia.
Agnieszka Chylińska nie ucieka przed dotykaniem w powieści tematów trudnych, ale też fundamentalnych dla ludzkiego doświadczenia. Zuzia musi poradzić sobie ze śmiercią. Do tej pory nie spotkała jej twarzą w twarz, śmierć zdarzała się innym rodzinom, dom Zuzi omijała. I ledwie otrząśnie się ze straty, ujrzy kłębowisko obcości, narosłej między rodzicami. Usłyszana przypadkiem rozmowa, spotkanie mamy w towarzystwie kogoś, kto mamę wyraźnie odmienia, zapadanie się taty, jego oddalenie i rezygnacja popchną Zuzię do szukania pomocy na zewnątrz rodzinnego świata. Niestety, nie dowiemy się, kto lub co tak naprawdę zmienił wektor działań i uczuć rodziców. Czy ksiądz, któremu Zuzia powierzyła swe obawy? Czy Babcia? Czy jeszcze ktoś inny? Czytelnik stoi na progu rozpadającego się domu, a po chwili widzi ten dom jaśniejący odrodzoną miłością. I odnosi się wrażenie, że gdzieś przepadł brakujący rozdział, że coś ważnego powinno być nam dane. Droga do uzdrowienia relacji. Obserwacja rodzicielskiego powrotu do wzajemności i obecności. Tymczasem było fatalnie, sztorm przybierał na sile, mama prawie pakowała walizki, a nagle pstryk! i jesteśmy w rzęsiście oświetlonym pokoju, w którym rzeczy i ludzie stoją na właściwych miejscach i nikt nie ma co do tego wątpliwości.
Mimo potknięć, mimo niedopracowania, mimo autorskiego zaniedbania, nie jest to powieść ani zła, ani błaha. Trochę postrzępiona, trochę pourywana, ale z pewnością ważna. Z pewnością potrzebna.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Chylińska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Chylińska. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 13 marca 2016
niedziela, 1 marca 2015
AGNIESZKA CHYLIŃSKA "ZEZIA, GILER I OCZAK"
Drugi tom codziennych przygód Zezi i jej bliskich brawurowo potwierdza, jak doskonałym piórem włada Agnieszka Chylińska. Urzekający, pełen świeżości, urokliwy bukiet zdarzeń. Finezyjny, czysty, prosty język. Autorka dba o czytelnika jak najtroskliwsza matka. Otula go puchową pierzyną czułości i powszedniego piękna. Dziecko chciałoby zatrzymać czas i na długo umościć się w tej frapującej opowieści. Dorosły chroni się w niej. Kładzie sobie słowa na języku, smakuje je, przymyka oczy, nie przestaje się uśmiechać. Czuje cudowną miękkość tego daru. Jedwabistą lepkość śmietany z cukrem. Kokon ramion bezpiecznego dzieciństwa. Wyśnionego, jeśli nie przeżytego.
Zezia przeprowadza się z rodzicami do Malinówki, malowniczej podwarszawskiej miejscowości. Do domu z ogrodem. Wita na świecie braciszka, Oczaka, mianowanego tak, co oczywiste, na cześć swych ogromnych oczu. Jego obecność nie wytrąca z orbity rodzinnego życia. W świecie Zezi rodzina uosabia Spencerowską integralność społecznego organizmu. Jest mikrokosmosem, w którym każdy element ma swoje miejsce, swoją niezbywalną wartość i swoją rolę. Tego organizmu nie rozszarpią zewnętrzne okoliczności, nie rozerwą jej też wewnętrzne turbulencje. Oparta na solidnych fundamentach miłości i wzajemnej niezbędności, przetrwa zderzenie z każdą górą lodową, która chciałaby na nią wtargnąć. Tutaj każde istnienie jest usprawiedliwione miłością. Miłość mówi: „jesteś, bo być musisz, bo bez ciebie moje życie nie byłoby dookreślone”.
Nie dziwi, że w tej pięknej, ciepłej, jasnej historii wszyscy są tacy, jacy być powinni, jakich by się pragnęło mieć w najbliższym sąsiedztwie, albo zgoła we własnym domu. Oczak kwitnie w spokoju ciała i ducha, Zezia i Giler bez trudu adaptują się w nowych szkołach, rodzice zapuszczają korzenie w podmiejskiej rzeczywistości. Tata ma przestrzeń dla swej działalności artystycznej, mama przez jakiś czas do pracy dojeżdża, ale i w tym wymiarze nadejdą zmiany.
Rodzice Zezi to cudowny mechanizm skupiający w sobie dwa odmienne wektory. Artysta i ekonomistka. Poezja i proza. Codzienność i wyjątkowość. Zanurzenie w rzeczywistości zastanej i kreacja rzeczywistości wybranej. I w tej odmienności harmonia. Symbioza. Kiedy zdarza się maminy kaprys, by się tata ucywilizował choćby powierzchownie i przywdział szaty zwyczajności, w mig dostrzega, że czyni tacie krzywdę i przywraca go jego naturalnemu środowisku. Środowisku sztuki, która w jego przypadku nie dba o przyodziewek. Mama się o to nie gniewa, mama tatę kocha, a kochając akceptuje i nie chce zmieniać. Takiego go przecież dla siebie znalazła i wszelkie próby przebrania go w nowe zasady, nadanie nowych cech zaświadczałyby odejściu ze wspólnej drogi. Agnieszka Chylińska kładzie przed czytelnikiem prymarną prawdę: możemy być tylko tym, kim jesteśmy. Nie nasze ubranie będzie albo uwierać i nas porani, albo okaże się za luźne, a wówczas zsunie się, obnażając prawdę.
A co z Zezią? Zezia z wolna wyrasta ze stolicy. Niestety, wyrasta także z przyjaźni z Julką. Dzielą je kilometry, dzielą codzienne sprawy, dzielą priorytety, które w podmiejskiej scenerii wyglądają inaczej niż w wielkim mieście. Jest w tym powolnym rozstawaniu się odrobina żalu, pozbawiona jednak goryczy i pretensji. Agnieszka Chylińska udowadnia, że dzieci nie są ani tak naiwne, ani tak niedojrzałe, ani tak kruche, jak w lustrach dorosłych. Zwierciadła dorosłych wypaczają obrazy dziecięcej psychiki, która jest dziecięca, lecz niekoniecznie dziecinna.
Zezia buduje nowe przyjaźnie. Jest Andżelika, obdarzona niepospolitą wyobraźnią szkolna koleżanka. I jest mieszkająca po sąsiedzku, starsza od Zezi Agata, pierwszy dziewczęcy autorytet. To jej powierzy Zezia swoje dziewczyńskie tajemnice, jej opowie o wątpliwościach, o porywach nastoletniego serca. Jej bez obaw zaufa. Czy pamiętacie to jeszcze? To zawierzenie bez wahania? To szeptanie najskrytszych myśli, pozbawione wątpliwości, niepodszyte pytaniami, czy warto, czy na tym przypadkiem nie stracimy, czy nas nie zdradzą, nie wykorzystają, nie wyśmieją? Jak współczesny dorosły ma tej prostej wiary uczyć własne dzieci, skoro sam najczęściej dawno o niej zapomniał?
Zezia przyjaźni się też z chłopakami! Agnieszka Chylińska trąca nas w nos i przypomina, że to możliwe. Jakby mówiła: „zdejmijcie kiecki i wróćcie na trzepak. Chłopaki nie są naszymi wrogami”. Bo nie są. W świecie Zezi na pewno nie. Przyznam, a może nawet się pochwalę, bo zdaje się, że to zjawisko zadziwiające, że w moim też nie. I wierzcie mi, łatwiej się żyje, nie widząc na każdym rogu wycelowanego w swą płeć szowinistycznego karabinu. Mężczyźni nie są naszymi nieprzyjaciółmi. My same nimi jesteśmy. Zaręczam, że Zezia z radością temu przyklaskuje.
Zezia lubi chłopaków. Łatwo się domyślić, że z wzajemnością. Zezia się zakochuje. Pierwszym, rześkim i nieco przytłaczającym, bo długo niepewnym zakochaniem. I z wzajemnością. Choć i boleśnie, bo… I tak zbyt wiele kart odkrytych.
Zajrzyjcie do tej książki. Do wszystkich trzech, które ku mej niegasnącej radości, popełniła Agnieszka Chylińska. Gdyby Astrid Lindgren mogła w swym niebie zerknąć na ich karty, byłaby z Agnieszki dumna. Byłaby bardzo dumna.
Pisz, Agnieszko, pisz!
Drugi tom codziennych przygód Zezi i jej bliskich brawurowo potwierdza, jak doskonałym piórem włada Agnieszka Chylińska. Urzekający, pełen świeżości, urokliwy bukiet zdarzeń. Finezyjny, czysty, prosty język. Autorka dba o czytelnika jak najtroskliwsza matka. Otula go puchową pierzyną czułości i powszedniego piękna. Dziecko chciałoby zatrzymać czas i na długo umościć się w tej frapującej opowieści. Dorosły chroni się w niej. Kładzie sobie słowa na języku, smakuje je, przymyka oczy, nie przestaje się uśmiechać. Czuje cudowną miękkość tego daru. Jedwabistą lepkość śmietany z cukrem. Kokon ramion bezpiecznego dzieciństwa. Wyśnionego, jeśli nie przeżytego.
Zezia przeprowadza się z rodzicami do Malinówki, malowniczej podwarszawskiej miejscowości. Do domu z ogrodem. Wita na świecie braciszka, Oczaka, mianowanego tak, co oczywiste, na cześć swych ogromnych oczu. Jego obecność nie wytrąca z orbity rodzinnego życia. W świecie Zezi rodzina uosabia Spencerowską integralność społecznego organizmu. Jest mikrokosmosem, w którym każdy element ma swoje miejsce, swoją niezbywalną wartość i swoją rolę. Tego organizmu nie rozszarpią zewnętrzne okoliczności, nie rozerwą jej też wewnętrzne turbulencje. Oparta na solidnych fundamentach miłości i wzajemnej niezbędności, przetrwa zderzenie z każdą górą lodową, która chciałaby na nią wtargnąć. Tutaj każde istnienie jest usprawiedliwione miłością. Miłość mówi: „jesteś, bo być musisz, bo bez ciebie moje życie nie byłoby dookreślone”.
Nie dziwi, że w tej pięknej, ciepłej, jasnej historii wszyscy są tacy, jacy być powinni, jakich by się pragnęło mieć w najbliższym sąsiedztwie, albo zgoła we własnym domu. Oczak kwitnie w spokoju ciała i ducha, Zezia i Giler bez trudu adaptują się w nowych szkołach, rodzice zapuszczają korzenie w podmiejskiej rzeczywistości. Tata ma przestrzeń dla swej działalności artystycznej, mama przez jakiś czas do pracy dojeżdża, ale i w tym wymiarze nadejdą zmiany.
Rodzice Zezi to cudowny mechanizm skupiający w sobie dwa odmienne wektory. Artysta i ekonomistka. Poezja i proza. Codzienność i wyjątkowość. Zanurzenie w rzeczywistości zastanej i kreacja rzeczywistości wybranej. I w tej odmienności harmonia. Symbioza. Kiedy zdarza się maminy kaprys, by się tata ucywilizował choćby powierzchownie i przywdział szaty zwyczajności, w mig dostrzega, że czyni tacie krzywdę i przywraca go jego naturalnemu środowisku. Środowisku sztuki, która w jego przypadku nie dba o przyodziewek. Mama się o to nie gniewa, mama tatę kocha, a kochając akceptuje i nie chce zmieniać. Takiego go przecież dla siebie znalazła i wszelkie próby przebrania go w nowe zasady, nadanie nowych cech zaświadczałyby odejściu ze wspólnej drogi. Agnieszka Chylińska kładzie przed czytelnikiem prymarną prawdę: możemy być tylko tym, kim jesteśmy. Nie nasze ubranie będzie albo uwierać i nas porani, albo okaże się za luźne, a wówczas zsunie się, obnażając prawdę.
A co z Zezią? Zezia z wolna wyrasta ze stolicy. Niestety, wyrasta także z przyjaźni z Julką. Dzielą je kilometry, dzielą codzienne sprawy, dzielą priorytety, które w podmiejskiej scenerii wyglądają inaczej niż w wielkim mieście. Jest w tym powolnym rozstawaniu się odrobina żalu, pozbawiona jednak goryczy i pretensji. Agnieszka Chylińska udowadnia, że dzieci nie są ani tak naiwne, ani tak niedojrzałe, ani tak kruche, jak w lustrach dorosłych. Zwierciadła dorosłych wypaczają obrazy dziecięcej psychiki, która jest dziecięca, lecz niekoniecznie dziecinna.
Zezia buduje nowe przyjaźnie. Jest Andżelika, obdarzona niepospolitą wyobraźnią szkolna koleżanka. I jest mieszkająca po sąsiedzku, starsza od Zezi Agata, pierwszy dziewczęcy autorytet. To jej powierzy Zezia swoje dziewczyńskie tajemnice, jej opowie o wątpliwościach, o porywach nastoletniego serca. Jej bez obaw zaufa. Czy pamiętacie to jeszcze? To zawierzenie bez wahania? To szeptanie najskrytszych myśli, pozbawione wątpliwości, niepodszyte pytaniami, czy warto, czy na tym przypadkiem nie stracimy, czy nas nie zdradzą, nie wykorzystają, nie wyśmieją? Jak współczesny dorosły ma tej prostej wiary uczyć własne dzieci, skoro sam najczęściej dawno o niej zapomniał?
Zezia przyjaźni się też z chłopakami! Agnieszka Chylińska trąca nas w nos i przypomina, że to możliwe. Jakby mówiła: „zdejmijcie kiecki i wróćcie na trzepak. Chłopaki nie są naszymi wrogami”. Bo nie są. W świecie Zezi na pewno nie. Przyznam, a może nawet się pochwalę, bo zdaje się, że to zjawisko zadziwiające, że w moim też nie. I wierzcie mi, łatwiej się żyje, nie widząc na każdym rogu wycelowanego w swą płeć szowinistycznego karabinu. Mężczyźni nie są naszymi nieprzyjaciółmi. My same nimi jesteśmy. Zaręczam, że Zezia z radością temu przyklaskuje.
Zezia lubi chłopaków. Łatwo się domyślić, że z wzajemnością. Zezia się zakochuje. Pierwszym, rześkim i nieco przytłaczającym, bo długo niepewnym zakochaniem. I z wzajemnością. Choć i boleśnie, bo… I tak zbyt wiele kart odkrytych.
Zajrzyjcie do tej książki. Do wszystkich trzech, które ku mej niegasnącej radości, popełniła Agnieszka Chylińska. Gdyby Astrid Lindgren mogła w swym niebie zerknąć na ich karty, byłaby z Agnieszki dumna. Byłaby bardzo dumna.
Pisz, Agnieszko, pisz!
sobota, 28 lutego 2015
AGNIESZKA CHYLIŃSKA "ZEZIA I GILER"
Pocztówki z codzienności. Taki wspaniały album ofiarowuje dzieciom Agnieszka Chylińska. Barwny i obdarzony autentyzmem portret stołecznej rodziny. Rodziny, jakich wiele i zarazem wyjątkowej. Bo Zezia jest zdrowa, a Giler – wszystko na to wskazuje, choć nigdzie nie pada to słowo - jest autykiem. Inność Gilera, tak subtelnie zaznaczona przez Autorkę, nie alienuje rodziny, nie wyklucza jej, nie stawia ściany między rodzicami Zezi i Gilera a rodzicami znajomych dzieci. Ta inność decyduje o niepowtarzalności Gilera oraz konstytuuje indywidualny charakter rodziny Zezików.
Zezia jest szczęśliwa. Wszystko, co ją otacza jest albo powodem szczęścia albo inspiracją do refleksji. Szczęście płynie z kultywowania codziennych rytuałów, z chodzenia do szkoły, z zabaw z Gilerem, ze spotkań z przyjaciółką Julką i jej zbuntowaną siostrą Laurą. Ze świąt, z wizyt Babci Jasnowłosej i Babci Ciemnowłosej albo z rewizyt. Z wakacji, z rozmów z Rodzicami, z nocnych strachów, z chętnego i wprost przeciwnie wypełniania powierzonych Zezi obowiązków. Zaduma pojawia się, gdy między rodzicami zbiera się na deszcz, albo, gdy między Mamą a Dziadkami rosną kolejne ściany.
Pomiędzy szczęściem i zadumą leniwie toczą się wydarzenia w tej krótkiej opowieści. Smakujemy je jak świeżo zerwane maliny. W południowym słońcu lata, prosto z krzaka. Wyborne.
Pocztówki z codzienności. Taki wspaniały album ofiarowuje dzieciom Agnieszka Chylińska. Barwny i obdarzony autentyzmem portret stołecznej rodziny. Rodziny, jakich wiele i zarazem wyjątkowej. Bo Zezia jest zdrowa, a Giler – wszystko na to wskazuje, choć nigdzie nie pada to słowo - jest autykiem. Inność Gilera, tak subtelnie zaznaczona przez Autorkę, nie alienuje rodziny, nie wyklucza jej, nie stawia ściany między rodzicami Zezi i Gilera a rodzicami znajomych dzieci. Ta inność decyduje o niepowtarzalności Gilera oraz konstytuuje indywidualny charakter rodziny Zezików.
Zezia jest szczęśliwa. Wszystko, co ją otacza jest albo powodem szczęścia albo inspiracją do refleksji. Szczęście płynie z kultywowania codziennych rytuałów, z chodzenia do szkoły, z zabaw z Gilerem, ze spotkań z przyjaciółką Julką i jej zbuntowaną siostrą Laurą. Ze świąt, z wizyt Babci Jasnowłosej i Babci Ciemnowłosej albo z rewizyt. Z wakacji, z rozmów z Rodzicami, z nocnych strachów, z chętnego i wprost przeciwnie wypełniania powierzonych Zezi obowiązków. Zaduma pojawia się, gdy między rodzicami zbiera się na deszcz, albo, gdy między Mamą a Dziadkami rosną kolejne ściany.
Pomiędzy szczęściem i zadumą leniwie toczą się wydarzenia w tej krótkiej opowieści. Smakujemy je jak świeżo zerwane maliny. W południowym słońcu lata, prosto z krzaka. Wyborne.
poniedziałek, 9 lutego 2015
AGNIESZKA CHYLIŃSKA "LABIRYNT LUKRECJI"
„Labirynt Lukrecji” to książka niezwykła. Książka, będąca absolutnym fenomenem na mapie literatury tworzonej z myślą o dzieciach. W dobie eskalacji bylejakości, w dobie wynoszenia na piedestał utworów miernych, tandetnych, odpustowych zgoła, „Labirynt” lśni jak diament. Można ją śmiało ustawić na półce obok genialnego „Mojego drzewka pomarańczowego” Vesconcelosa. To książka noblowskiej miary.
Warunkiem trafnego rozpoznania wartości „Labiryntu Lukrecji” jest lektura pozbawiona odniesień do osoby i biografii Autorki. Agnieszka Chylińska jako artystka i jako człowiek może budzić skrajne odczucia. Ze szkodą dla dokonań literackich byłoby stygmatyzowanie lektury emocjami, które wzbudza Autorka.
Czytam „Labirynt” jako osobną jakość. Zachwycam się każdym słowem. Lapidarny, czysty, staranny język. Klarowność myśli. Wyrazistość postaci. Mistrzowskie oddanie bogactwa wewnętrznego świata Lukrecji. Objawienie mocy, jaką dysponuje dziecko, chcące zmienić świat tak, by odzyskał utraconą w codzienności spoistość i głębię.
Lukrecja widzi wszystko. Ogarnia każdy szczegół teraźniejszości. Analizuje ludzi, ich losy, świat na zewnątrz kamienicy, świat w każdym z jej mieszkań. Nie ma rzeczy nieistotnych. Wszystko się przydaje, bo wszystko może posłużyć sanacji indywidualnych biografii. Lukrecja zauważa, że nie zdoła uładzić świata mówiąc o tym, co dostrzega. Nie może opowiedzieć o swoich wrażeniach, o swoich intuicjach, bo nikt nie słyszy jej słów. Nikt nie chce słyszeć. Ludzie zamknięci w komórkach własnych dramatów, rzadko szczęść, nie usłyszą dziecka nawet, jeśli to dziecko WIE, nawet jeśli to dziecko przynosi światło, za którym warto podążyć.
Toteż Lukrecja milknie. Lukrecja wycofuje się do wewnętrznego azylu. W śnionym labiryncie znajduje listy-podpowiedzi, lampki przewodnie. Dzięki temu, w upartym milczeniu rozpoczyna samotną walkę o piękno, prawdę i miłość. Milczeniem, które nagle wszyscy chcą zrozumieć, otwiera zamknięte drzwi, wyważa skostniałe poglądy, rozbija mury narosłe wokół serc. Budzi z letargu wszystkich wokół siebie. Rodzice zwalniają, przypominają sobie, że mają Córkę, że jest Babcia, którą się zaniedbało, bo wybrało się urazy i niezgodę zamiast miłości. Sąsiedzi reanimują własne, zaśniedziałe i przykurzone życia, pogubieni odnajdują ścieżki, samotni odnajdują drogę do innych samotnych.
Dopóki jesteśmy otwarci na mądrość dzieci, istnieje szansa dla zdewastowanego emocjonalnie świata.
„Labirynt Lukrecji” to książka niezwykła. Książka, będąca absolutnym fenomenem na mapie literatury tworzonej z myślą o dzieciach. W dobie eskalacji bylejakości, w dobie wynoszenia na piedestał utworów miernych, tandetnych, odpustowych zgoła, „Labirynt” lśni jak diament. Można ją śmiało ustawić na półce obok genialnego „Mojego drzewka pomarańczowego” Vesconcelosa. To książka noblowskiej miary.
Warunkiem trafnego rozpoznania wartości „Labiryntu Lukrecji” jest lektura pozbawiona odniesień do osoby i biografii Autorki. Agnieszka Chylińska jako artystka i jako człowiek może budzić skrajne odczucia. Ze szkodą dla dokonań literackich byłoby stygmatyzowanie lektury emocjami, które wzbudza Autorka.
Czytam „Labirynt” jako osobną jakość. Zachwycam się każdym słowem. Lapidarny, czysty, staranny język. Klarowność myśli. Wyrazistość postaci. Mistrzowskie oddanie bogactwa wewnętrznego świata Lukrecji. Objawienie mocy, jaką dysponuje dziecko, chcące zmienić świat tak, by odzyskał utraconą w codzienności spoistość i głębię.
Lukrecja widzi wszystko. Ogarnia każdy szczegół teraźniejszości. Analizuje ludzi, ich losy, świat na zewnątrz kamienicy, świat w każdym z jej mieszkań. Nie ma rzeczy nieistotnych. Wszystko się przydaje, bo wszystko może posłużyć sanacji indywidualnych biografii. Lukrecja zauważa, że nie zdoła uładzić świata mówiąc o tym, co dostrzega. Nie może opowiedzieć o swoich wrażeniach, o swoich intuicjach, bo nikt nie słyszy jej słów. Nikt nie chce słyszeć. Ludzie zamknięci w komórkach własnych dramatów, rzadko szczęść, nie usłyszą dziecka nawet, jeśli to dziecko WIE, nawet jeśli to dziecko przynosi światło, za którym warto podążyć.
Toteż Lukrecja milknie. Lukrecja wycofuje się do wewnętrznego azylu. W śnionym labiryncie znajduje listy-podpowiedzi, lampki przewodnie. Dzięki temu, w upartym milczeniu rozpoczyna samotną walkę o piękno, prawdę i miłość. Milczeniem, które nagle wszyscy chcą zrozumieć, otwiera zamknięte drzwi, wyważa skostniałe poglądy, rozbija mury narosłe wokół serc. Budzi z letargu wszystkich wokół siebie. Rodzice zwalniają, przypominają sobie, że mają Córkę, że jest Babcia, którą się zaniedbało, bo wybrało się urazy i niezgodę zamiast miłości. Sąsiedzi reanimują własne, zaśniedziałe i przykurzone życia, pogubieni odnajdują ścieżki, samotni odnajdują drogę do innych samotnych.
Dopóki jesteśmy otwarci na mądrość dzieci, istnieje szansa dla zdewastowanego emocjonalnie świata.
Subskrybuj:
Posty (Atom)



