MAGDALENA ZYCH "SIEDEM SZKLANEK"
Mam taki zwyczaj, że książki grafomańskie, albo przeciwnie: literacko znakomite, ale upiornie nudne lub wkurzające, przekazuję ulubionej bibliotece. Z premedytacją: niech się inni męczą. Albo zachwycają. Może ktoś się wzruszy tym, co mnie przyprawia o mdłości.
„Siedem szklanek”, wydane cztery lata temu, do biblioteki nie poszło. Mam te literackie szklanki nieustannie w pobliżu. Lubię je widzieć i wiedzieć, że są. Że się co czas jakiś pojawia w literaturze rodzimej piękna awangarda, warta lektury, zamyślenia i postawienia obok książek ważnych. Warta powrotów.
Komu odmienność seksualna jest ohydna niech od książki Magdaleny Zych trzyma się daleko i niech moją recenzję ominie. Zwłaszcza w niedzielę,przed eucharystią. Nie czytaj człeku święty, żebyś się spowiadać nie musiał. To nie jest lektura dla żadnej z odmian poprawności i żadna wymuskana grzeczność atrakcji tu nie znajdzie. Odium cię opadnie, siedmiu Brzechwowych szklanek niczym poza wstrętem nie napełnisz.
O homoseksualizmie nie pisze się gładko. Przepraszam, nie o homoseksualizmie, a o pedalstwie. Z rozmów prywatnych, które miałam szczęście przeprowadzić ze znajomymi ODMIEŃCAMI (nie chcę nikogo urazić, kazano mi tak napisać) wynika, że żaden szanujący się homo nie myśli i nie mówi o sobie „gej”. Mówi „pedał”, ewentualnie „ciota”. Inne określenia też padły, ale zainteresowani dowiedzieć się o nich mogą z prozy Michała Witkowskiego. Nie do mnie oświecanie należy.
A zatem o pedalstwie nie pisze się gładko. To nie jest temat dla jędrnego, wypieszczonego języka. To jest temat, który musi wrzeszczeć, żeby się przebić, a wrzask potrzebuje często oprawy bulwarowej, rynsztokowej zgoła. Co wcale nie znaczy, że musi być szpetnie. Nie musi i nie jest. Magdalena Zych w swojej opowieści fenomenalnie wyważa język: jest i literacko i dosadnie. Podnoszę się do owacji. Pierwszej.
Historia. Dwóch facetów z różnych światów. Przychodzą z odmiennych zakładek rzeczywistości i dążą do ułożenia się w zakładce wspólnej. Taka scena ich dramatu, taki los przewrotny, albo taka natura wewnętrznych, nieprzewidywalnych imperatywów.
Jest Kuba. Grzeczny i serdeczny. Chłopak zwyczajny, student nieprzeciętny. I do kluczowego spotkania ukierunkowany na niewiasty. Można rzec tak, jakby społeczeństwo rzekło: normalny chłop. Niestety, na drodze normalnego chłopa staje chłop nienormalny (to społeczeństwo, nie recenzentka) i to nienormalny konkursowo.
Emil. Emil jest wszystkim, co Kubie było obce. Jest pedałem, jest transwestytą, jest artystą, jest kameleonem, co to w taką szatę się stroi, w jaką mu wygodnie. Jest taki z natury. Tutaj nie ma żadnej scenografii, nie ma kurtyny, choć bogatej widowni nie brakuje. Ale, Drodzy Czytelnicy, Emil nie gra. On jest. Role, jeśliw ten sposób określić jego wcielenia codzienne, pochodzą z jego trzewi, są przyrodzone. Nie wydumał ich sobie, nie obmyślał w długie, zimowe wieczory. To wszystko, co robi i jakim się prezentuje, jest w nim. Ciota i trans. Wie, kim jest, akceptuje to do ostatniej maskary w satynowej kosmetyczce i lubi. Lubi siebie i lubi swoje życie. Bo on sam i jego życie są jego własnością.
Kuba nie wie o sobie nic. Jest dzieckiem zabłąkanym w sobie i w świecie. Żyje pod linijkę tak, jak chcą rodzice, jak życzy sobie społeczeństwo, jak wydaje się jemu, że być powinno. I wówczas, w tę poukładaną schludnie rzeczywistość wpada tornado z Emilem. Który to Emil w pierwszym momencie jawi się jako zjawiskowej urody dziewczyna, bo takie wcielenie akurat miał do pokazania. Kiedy wychodzi na jaw, że pod makijażem mieszka facet i to nie jakiś tam facet, co to sobie dla kaprysu kieckę wkłada, tylko rasowy pedał, dla Kuby jest za późno, bo karuzela przyspieszyła i wyskoczyć z niej nie sposób.
Kuba wkleja się, niespodziewanie łatwo, do pełnego zwrotów, szalonego świata Emila. Emil wie o sobie wszystko, Kuba – jak zostało powiedziane - nic. Emilowi nader łatwo manipulować uczuciami tego, który cierpi na absolutny brak tożsamości. Można być dla Kuby przewodnikiem po meandrach innej erotyki, można być Pigmalionem, który znajdzie upodobanie w kształtowaniu wybitnie plastycznego tworzywa. Człowiek bez właściwości, jakim jest Kuba, to czyste płótno. Dla Emila – artysty to wielka pokusa, której z radością ulega.
Epoka Emila to w życiu Kuby czas poszukiwania i odkrywania siebie. Czas odrzucania masek, pierwsze spojrzenie w twarz swojej tożsamości, także tożsamości seksualnej. Czy czegoś się dowie? Czy czegoś się nauczy? Ich związek jest jak tornado, przelatuje, zrównuje z ziemią, a kiedy tylko urośnie świeże, wraca i miażdży na powrót. Jesteśmy zmasakrowani. Wszyscy. Z wyjątkiem Emila. Ten, który wie nie musi cierpieć.
Co nas czeka w finale? Dużo. Niekoniecznie to, czego się spodziewamy.
Kobiety. Owszem, nie brakuje ich w książce. Mają imiona, mają swoje miejsce. Są konieczne, by opowieść była kompletna. Marta, Agnieszka… Inne, nie mniej ważne. Łączy je niefortunny wybór mężczyzn, którzy albo nie mogą, albo nie chcą z nimi być. Niedopasowane są. Wiedzą wiele o sobie, ale za mało o świecie mężczyzn, do którego chcą przyrosnąć. Podejmują destrukcyjne decyzje, błądzą w żywiole odepchniętej miłości. Trudno im zaakceptować fakt, że to jednoosobowe tango i że poszukiwania trzeba rozszerzyć albo ich zaprzestać. Są ofiarami własnej krótkowzroczności.
„Siedem szklanek” to ważna i dobra proza. Książka bez kokonu, bez kostiumów, bez wydętych ust. Trochę Topor, trochę Palahniuk w spódnicy.
niedziela, 8 marca 2015
sobota, 7 marca 2015
MOONY WITCHER "DZIEWCZYNKA Z SZÓSTEGO KSIĘŻYCA"
Niby wszystko znajome. Niby takie schematyczne. Oczywistość goni oczywistość. Jak w baśniach braci Grimm: jest magia, jest mroczna aura, Dobro walczy ze Złem, horyzont agatologiczny można rozpoznać pod rozmaitymi kątami, nie brakuje makabry i dreszczyku zaciekawienia, ale… No właśnie. Jest jakieś novum, wyróżniające tę niezwykłą książkę. Z jednej strony możemy czuć się zaniepokojeni, bo Autorka sugeruje, że Ziemia ma niewystarczający potencjał, by oczyścić się z destrukcyjnej energii. Zło zanadto się panoszy, zbyt szeroko rozpościera macki. Dlatego potrzebna jest inna planeta, planeta czystej, świetlistej energii, świetlnych istot i dusz Dobrych Magów, pochodzących z Ziemi. Ta planeta, Xorax, Szósty Księżyc stanowi szansę na ocalenie tego, co na Ziemi najcenniejsze: marzeń dzieci. Marzenia dzieci to solidny fundament nadziei. Pragnienia dzieci wyrastają z pierwotnej wiary w odwieczne Dobro i z intuicyjnej pewności o nadrzędnej wartości Miłości.
Zło, wcielone w powieści w Karkona, Złego Maga i armię jego dziecięcych androidów, ma tylko jeden cel: przerwać łączność pomiędzy Ziemią a Xorax. Zatrzasnąć marzenia dzieci w najmroczniejszej krypcie, nie dopuścić do ich rozprzestrzeniania, do ich podróży ku Xorax. Karkonowi udaje się unicestwić dwóch geniuszy dobrej magii, pisarza i alchemika Birova oraz Michaiła Meszyńskiego, najsilniejszego z Dobrych Magów, a zarazem dziadka tytułowej bohaterki. Jest teraz o krok od zdobycia władzy nad energią Szóstego Księżyca i nad pozbawioną osłony z dziecięcych marzeń Ziemią. Bo przepływ myśli dzieci między planetami rwie się, Moai z Wyspy Wielkanocnej tracą moc ich płynnego przekazywania.
Karkon mógłby spowić świat w mroczną pelerynę i skuć wiecznym lodem, ale jest Nina, Dziewczynka z Szóstego Księżyca. Wnuczka Miszy Meszyńskiego i potomkini arystokratycznych rodów Moskwy i Wenecji. Przywołana listem Dziadka opuszcza Madryt, w którym zamieszkuje z ciotkami i udaje się do Wenecji. Tu odkrywa, że się spóźniła. Karkon ją uprzedził. Pod nieuważnym okiem rosyjskiej niani Nina realizuje własny plan walki ze Złym Magiem. Znając tajniki alchemii, którą poznawała od wczesnego dzieciństwa, szybko przyswaja sobie nowe formuły, pozostawione w laboratorium dziadka Miszy. Krok po kroku odkrywa kolejne tajemnice, ukryte przejścia, podwodne laboratorium Aqueo Profundis, wreszcie drogę na Xorax. Po swojej stronie ma pięcioro przyjaciół: czworo dzieci i sympatycznego androida. Dzieci: nieśmiały i strachliwy Dodo, rezolutny Cesco, niezłomna Roxy i delikatna Fiore wiernie towarzyszą Ninie w kolejnych, trudnych i często napawających lękiem misjach. Walka ze Złem splata się z rozmigotanymi obrazami Xorax, którą Nina odwiedza. Poznaje Etereę, Matkę Alchemiczkę, przewodniczkę w ziemskiej walce. Odnajduje też… dziadka. Jak to możliwe? Nie wypada mi zbyt wiele odsłaniać.
Nina nieustraszenie podejmuje nowe próby pokonania Karkona. Niweczy podstępne plany, naraża jego nieludzką armię na poważny uszczerbek, wciąż podstawia mu nogi i gra na nosie. Ale do końca podróży i do ostatecznego rozstrzygnięcia zostało jeszcze pięć tomów.
Tę książkę czyta się zachłannie. W każdym wieku. Poszerza dziecięce horyzonty, rozbudza wyobraźnię, a przede wszystkim uczy, że najpotężniejszy oręż w walce o Dobro tkwi w przyrodzonej dzieciom magicznej zdolności do kreowania piękna w marzeniach.
Niby wszystko znajome. Niby takie schematyczne. Oczywistość goni oczywistość. Jak w baśniach braci Grimm: jest magia, jest mroczna aura, Dobro walczy ze Złem, horyzont agatologiczny można rozpoznać pod rozmaitymi kątami, nie brakuje makabry i dreszczyku zaciekawienia, ale… No właśnie. Jest jakieś novum, wyróżniające tę niezwykłą książkę. Z jednej strony możemy czuć się zaniepokojeni, bo Autorka sugeruje, że Ziemia ma niewystarczający potencjał, by oczyścić się z destrukcyjnej energii. Zło zanadto się panoszy, zbyt szeroko rozpościera macki. Dlatego potrzebna jest inna planeta, planeta czystej, świetlistej energii, świetlnych istot i dusz Dobrych Magów, pochodzących z Ziemi. Ta planeta, Xorax, Szósty Księżyc stanowi szansę na ocalenie tego, co na Ziemi najcenniejsze: marzeń dzieci. Marzenia dzieci to solidny fundament nadziei. Pragnienia dzieci wyrastają z pierwotnej wiary w odwieczne Dobro i z intuicyjnej pewności o nadrzędnej wartości Miłości.
Zło, wcielone w powieści w Karkona, Złego Maga i armię jego dziecięcych androidów, ma tylko jeden cel: przerwać łączność pomiędzy Ziemią a Xorax. Zatrzasnąć marzenia dzieci w najmroczniejszej krypcie, nie dopuścić do ich rozprzestrzeniania, do ich podróży ku Xorax. Karkonowi udaje się unicestwić dwóch geniuszy dobrej magii, pisarza i alchemika Birova oraz Michaiła Meszyńskiego, najsilniejszego z Dobrych Magów, a zarazem dziadka tytułowej bohaterki. Jest teraz o krok od zdobycia władzy nad energią Szóstego Księżyca i nad pozbawioną osłony z dziecięcych marzeń Ziemią. Bo przepływ myśli dzieci między planetami rwie się, Moai z Wyspy Wielkanocnej tracą moc ich płynnego przekazywania.
Karkon mógłby spowić świat w mroczną pelerynę i skuć wiecznym lodem, ale jest Nina, Dziewczynka z Szóstego Księżyca. Wnuczka Miszy Meszyńskiego i potomkini arystokratycznych rodów Moskwy i Wenecji. Przywołana listem Dziadka opuszcza Madryt, w którym zamieszkuje z ciotkami i udaje się do Wenecji. Tu odkrywa, że się spóźniła. Karkon ją uprzedził. Pod nieuważnym okiem rosyjskiej niani Nina realizuje własny plan walki ze Złym Magiem. Znając tajniki alchemii, którą poznawała od wczesnego dzieciństwa, szybko przyswaja sobie nowe formuły, pozostawione w laboratorium dziadka Miszy. Krok po kroku odkrywa kolejne tajemnice, ukryte przejścia, podwodne laboratorium Aqueo Profundis, wreszcie drogę na Xorax. Po swojej stronie ma pięcioro przyjaciół: czworo dzieci i sympatycznego androida. Dzieci: nieśmiały i strachliwy Dodo, rezolutny Cesco, niezłomna Roxy i delikatna Fiore wiernie towarzyszą Ninie w kolejnych, trudnych i często napawających lękiem misjach. Walka ze Złem splata się z rozmigotanymi obrazami Xorax, którą Nina odwiedza. Poznaje Etereę, Matkę Alchemiczkę, przewodniczkę w ziemskiej walce. Odnajduje też… dziadka. Jak to możliwe? Nie wypada mi zbyt wiele odsłaniać.
Nina nieustraszenie podejmuje nowe próby pokonania Karkona. Niweczy podstępne plany, naraża jego nieludzką armię na poważny uszczerbek, wciąż podstawia mu nogi i gra na nosie. Ale do końca podróży i do ostatecznego rozstrzygnięcia zostało jeszcze pięć tomów.
Tę książkę czyta się zachłannie. W każdym wieku. Poszerza dziecięce horyzonty, rozbudza wyobraźnię, a przede wszystkim uczy, że najpotężniejszy oręż w walce o Dobro tkwi w przyrodzonej dzieciom magicznej zdolności do kreowania piękna w marzeniach.
piątek, 6 marca 2015
HARLAN COBEN "TĘSKNIĘ ZA TOBĄ"
Harlan Coben zaskakuje. Udowadnia, że w literaturze, niezależnie od wybranego przez pisarza gatunku, nie istnieją granice kunsztu. Powieści, którym recenzenci biją pokłony, a czytelnicy stawiają pomniki, mogą mieć jeszcze doskonalsze następczynie.
„Tęsknię za tobą” to thriller, którego się nie czyta, nad którym się nie zatrzymuje. Tu nie ma miejsca na antrakty. To książka, która czytelnika przeobraża w wygłodniałego rekina, w tygrysa bengalskiego, w warana z Komodo. Wgryzasz się w pierwsze słowo i przepadasz. Opychasz się kolejnymi stronami w tempie, o jakim nie miałeś pojęcia, że jesteś do niego zdolny. Trzęsiesz się, febra, kołdra na głowie, pięści zaciśnięte. Nie ma cię. Jesteś przerażonym dzieciakiem, pędzisz, a tu już ostatnie słowo. Rozglądasz się, dyszysz, żyjesz? Chyba, bo trzeba się mocno uszczypnąć, żeby zyskać pewność.
Detektyw Donovan, szlachetna, pełna pasji dziewczyna. Jej przyjaciółka Stacy, niebezpieczna: zjawiskowo piękna i błyskotliwie inteligentna torpeda w obłędnym ciele, która samemu Piekłu wydarłaby kotły. Niewinny żart i otwiera się paszcza przeszłości. Od tej chwili nic nie jest oczywiste. Dawno zapomniana twarz kochanego niegdyś mężczyzny. Tajemnice, głęboko zakopane, teraz podnoszą głowy. Ludzie znikają. Tropy prowadzą na manowce. W biurze Kat Donovan pojawia się zrozpaczony nastolatek. Jego matka przepadła i tylko Kat… A potem orkan uderza i w jego wirze gnamy na oślep ku łamaniu kolejnych kodów. Z pootwieranych wewnętrznych trumien sączy się ropa, rozjątrzone na nowo rany pieką. I żadna droga, o której myślimy, że jest właściwa, właściwa nie jest. Odnaleziony ukochany może opowiedzieć nieprzewidywalną historię, własny Ojciec okazuje się kimś, o naturze kogo nie mieliśmy pojęcia, zaginiona matka wykrwawionego emocjonalnie nastolatka odnajduje się w okolicznościach, po uświadomieniu których poczynają wypadać włosy albo nawet zęby. A wreszcie okazuje się, że jesteśmy konkursowymi kretynami, bo finał wprowadza nowe zamieszanie. I nie można zagrać Cobenowi na nosie: „a kuku, wiedziałem”. Nic nie wiedziałeś. Nadal nie wiesz.
Harlan Coben zaskakuje. Udowadnia, że w literaturze, niezależnie od wybranego przez pisarza gatunku, nie istnieją granice kunsztu. Powieści, którym recenzenci biją pokłony, a czytelnicy stawiają pomniki, mogą mieć jeszcze doskonalsze następczynie.
„Tęsknię za tobą” to thriller, którego się nie czyta, nad którym się nie zatrzymuje. Tu nie ma miejsca na antrakty. To książka, która czytelnika przeobraża w wygłodniałego rekina, w tygrysa bengalskiego, w warana z Komodo. Wgryzasz się w pierwsze słowo i przepadasz. Opychasz się kolejnymi stronami w tempie, o jakim nie miałeś pojęcia, że jesteś do niego zdolny. Trzęsiesz się, febra, kołdra na głowie, pięści zaciśnięte. Nie ma cię. Jesteś przerażonym dzieciakiem, pędzisz, a tu już ostatnie słowo. Rozglądasz się, dyszysz, żyjesz? Chyba, bo trzeba się mocno uszczypnąć, żeby zyskać pewność.
Detektyw Donovan, szlachetna, pełna pasji dziewczyna. Jej przyjaciółka Stacy, niebezpieczna: zjawiskowo piękna i błyskotliwie inteligentna torpeda w obłędnym ciele, która samemu Piekłu wydarłaby kotły. Niewinny żart i otwiera się paszcza przeszłości. Od tej chwili nic nie jest oczywiste. Dawno zapomniana twarz kochanego niegdyś mężczyzny. Tajemnice, głęboko zakopane, teraz podnoszą głowy. Ludzie znikają. Tropy prowadzą na manowce. W biurze Kat Donovan pojawia się zrozpaczony nastolatek. Jego matka przepadła i tylko Kat… A potem orkan uderza i w jego wirze gnamy na oślep ku łamaniu kolejnych kodów. Z pootwieranych wewnętrznych trumien sączy się ropa, rozjątrzone na nowo rany pieką. I żadna droga, o której myślimy, że jest właściwa, właściwa nie jest. Odnaleziony ukochany może opowiedzieć nieprzewidywalną historię, własny Ojciec okazuje się kimś, o naturze kogo nie mieliśmy pojęcia, zaginiona matka wykrwawionego emocjonalnie nastolatka odnajduje się w okolicznościach, po uświadomieniu których poczynają wypadać włosy albo nawet zęby. A wreszcie okazuje się, że jesteśmy konkursowymi kretynami, bo finał wprowadza nowe zamieszanie. I nie można zagrać Cobenowi na nosie: „a kuku, wiedziałem”. Nic nie wiedziałeś. Nadal nie wiesz.
czwartek, 5 marca 2015
MANUELA GRETKOWSKA "POLKA"
Manuela Gretkowska od lat tworzy osobną jakość w przestrzeni rodzimej prozy. Wymyka się kwalifikacjom w każdym, uprawianym przez siebie gatunku. Jej powieści noszą łatwo rozpoznawalne szaty precyzyjnego i zuchwałego języka. Jej pamiętniki z życiowych podróży poprzez najistotniejsze wybory, najważniejsze projekty, ludzi i miejsca urzekają psychologiczną autentycznością bez kurtyn i masek. W opowieściach Manueli Gretkowskiej jest miejsce na fikcję literacką, ale nie ma miejsca na teatr. Teatralność dialogów, gestów, zdarzeń zostawia innym autorom. Dla siebie anektuje życie, jego obnażony miąższ, jego nieosłoniętą pełnię.
W „Polce” wspomniana pełnia jest najintensywniej dotykalna. Pamiętnik niespodziewanej ciąży uwypukla te cechy pisarstwa Gretkowskiej, które najbardziej cenię: szczerość, nieporównywalną z niczym niepoprawność polityczną, egzystencjalną wiarygodność. Jest w tych zapiskach ontologiczna i epistemologiczna czystość, bo Manuela pisze tę książkę o sobie i dla siebie. Tudzież dla życia w niej, życia o symbolicznym imieniu Pola.
Polka, z wolna rozwijająca się pod sercem, otrzymuje imię, które nigdy nie pozwoli zapomnieć jej o korzeniach. I o tym, że jej matka w każdym miejscu świata, które widziała, w którym żyła, które nierzadko gorąco podziwiała, była przede wszystkim Polką. Manuela Gretkowska tę narodową tożsamość i swoje w niej głębokie ukorzenienie akcentuje z wielkim zaangażowaniem. Jako intelektualistka o niepokornej naturze, wyzwolona z kręgu stereotypów i odrzucająca ramy archetypów, w których jej niewygodnie, z tym większą troską odnosi się do Ojczyzny. W jej chmurnych, często buntowniczych refleksjach Polska zawsze stoi wysoko, na piedestale. Gdyby była poniżej, Manuela nie walczyłaby o jej wewnętrzny kształt tak gorliwie. A walczy już podczas studiów we Francji. Walczy na kartach „Polki”. Najbardziej aktywnie w kilka lat później, czego pokłosiem są „Obywatelka” i „Europejka”. Pomiędzy walczy powieściami. O wewnętrzną transformację, o mentalną odnowę. Walczy, bo wierzy, że siła kobiet i siła kobiecości, poparta męską solidarnością nie miałaby sobie równej. Rozbije się o mur zakamieniałej, postfeudalnej mentalności, w której same kobiety nie chcą zrzucić przedwiecznego jarzma i czynią siebie najwyżej wasalami. Ale nie ustanie w walce. Bo choćby ją siły odbiegły, jest Polka – Córka, której zawieść nie może.
Długa forpoczta właściwego momentu recenzji. Jednak bez szkicu do portretu Gretkowskiej sama „Polka” pozostaje tylko połowicznie czytelna. Można ją zafałszować, można ją skrzywdzić.
„Polka” to pamiętnik intymny, pamiętnik ciała i pamiętnik myśli. Zdumione ciało płoszy się na wieść o obudzonym w nim nowym życiu. Poczyna się sobie przyglądać. Wnikliwie obserwuje każdą najdrobniejszą zmianę. Opowiada o sobie buńczucznie, odsłania się w pełni. Nie szuka woalu, którym mogłoby się osłonić, za który mogłoby się schronić i tylko ukradkiem popatrując, czekać. Ciało przed sobą staje i maluje precyzyjny portret przedzierzgania się swawolnej kobiecości w matkę.
Manueli Gretkowskiej starcza przy tym energii i mądrości, by się na niezwykłej przygodzie ciała nie zatrzymywać. Zostawia też pole związkowi z Piotrem Pietuchą. Jak dwoje wolnych, choć przynależnych sobie nawzajem ludzi wstępuje na nową drogę? Piotr jest już ojcem, wie jak smakuje rodzicielstwo. Dla Manueli to zupełnie odmienna ścieżka od już wydeptanych, znajomych. Muszą więc razem przygotować się na spotkanie z Córką. Piotr może być przewodnikiem, ale tylko poniekąd i tylko w wymiarze psychologicznym. A Manuela tego przewodnictwa przecież nie wymaga. Wystarcza jej obecność. Wystarcza miłość.
Manuela z Polą w łonie nie przestaje żyć intensywnie, nie zatrzymuje się, nie kontempluje dłużej niż to konieczne przemian, które się stają. Pracuje nad serialowym scenariuszem, podróżuje, przerzuca się między Polską i Szwecją, Szwecją i światem. I musi podjąć decyzję, gdzie powstanie dom Poli. W spokojnej, bezpiecznej socjalnie Szwecji, czy w zwichrowanej Polce, gdzie można spodziewać się każdej katastrofy, ale trudno oczekiwać nawet namiastki stabilizacji? Gdzie stanie dom?
Manuela Gretkowska odczarowuje ciążę. Osypuje ją z lukru, odsładza. Opowiada o niej, jaka jest w jej indywidualnym doświadczeniu. Mistyczna bywa, ale zazwyczaj po prostu jest. Jest stanem oczekiwania, stanem budowania i często stanem fizjologicznej udręki.
Manuela Gretkowska od lat tworzy osobną jakość w przestrzeni rodzimej prozy. Wymyka się kwalifikacjom w każdym, uprawianym przez siebie gatunku. Jej powieści noszą łatwo rozpoznawalne szaty precyzyjnego i zuchwałego języka. Jej pamiętniki z życiowych podróży poprzez najistotniejsze wybory, najważniejsze projekty, ludzi i miejsca urzekają psychologiczną autentycznością bez kurtyn i masek. W opowieściach Manueli Gretkowskiej jest miejsce na fikcję literacką, ale nie ma miejsca na teatr. Teatralność dialogów, gestów, zdarzeń zostawia innym autorom. Dla siebie anektuje życie, jego obnażony miąższ, jego nieosłoniętą pełnię.
W „Polce” wspomniana pełnia jest najintensywniej dotykalna. Pamiętnik niespodziewanej ciąży uwypukla te cechy pisarstwa Gretkowskiej, które najbardziej cenię: szczerość, nieporównywalną z niczym niepoprawność polityczną, egzystencjalną wiarygodność. Jest w tych zapiskach ontologiczna i epistemologiczna czystość, bo Manuela pisze tę książkę o sobie i dla siebie. Tudzież dla życia w niej, życia o symbolicznym imieniu Pola.
Polka, z wolna rozwijająca się pod sercem, otrzymuje imię, które nigdy nie pozwoli zapomnieć jej o korzeniach. I o tym, że jej matka w każdym miejscu świata, które widziała, w którym żyła, które nierzadko gorąco podziwiała, była przede wszystkim Polką. Manuela Gretkowska tę narodową tożsamość i swoje w niej głębokie ukorzenienie akcentuje z wielkim zaangażowaniem. Jako intelektualistka o niepokornej naturze, wyzwolona z kręgu stereotypów i odrzucająca ramy archetypów, w których jej niewygodnie, z tym większą troską odnosi się do Ojczyzny. W jej chmurnych, często buntowniczych refleksjach Polska zawsze stoi wysoko, na piedestale. Gdyby była poniżej, Manuela nie walczyłaby o jej wewnętrzny kształt tak gorliwie. A walczy już podczas studiów we Francji. Walczy na kartach „Polki”. Najbardziej aktywnie w kilka lat później, czego pokłosiem są „Obywatelka” i „Europejka”. Pomiędzy walczy powieściami. O wewnętrzną transformację, o mentalną odnowę. Walczy, bo wierzy, że siła kobiet i siła kobiecości, poparta męską solidarnością nie miałaby sobie równej. Rozbije się o mur zakamieniałej, postfeudalnej mentalności, w której same kobiety nie chcą zrzucić przedwiecznego jarzma i czynią siebie najwyżej wasalami. Ale nie ustanie w walce. Bo choćby ją siły odbiegły, jest Polka – Córka, której zawieść nie może.
Długa forpoczta właściwego momentu recenzji. Jednak bez szkicu do portretu Gretkowskiej sama „Polka” pozostaje tylko połowicznie czytelna. Można ją zafałszować, można ją skrzywdzić.
„Polka” to pamiętnik intymny, pamiętnik ciała i pamiętnik myśli. Zdumione ciało płoszy się na wieść o obudzonym w nim nowym życiu. Poczyna się sobie przyglądać. Wnikliwie obserwuje każdą najdrobniejszą zmianę. Opowiada o sobie buńczucznie, odsłania się w pełni. Nie szuka woalu, którym mogłoby się osłonić, za który mogłoby się schronić i tylko ukradkiem popatrując, czekać. Ciało przed sobą staje i maluje precyzyjny portret przedzierzgania się swawolnej kobiecości w matkę.
Manueli Gretkowskiej starcza przy tym energii i mądrości, by się na niezwykłej przygodzie ciała nie zatrzymywać. Zostawia też pole związkowi z Piotrem Pietuchą. Jak dwoje wolnych, choć przynależnych sobie nawzajem ludzi wstępuje na nową drogę? Piotr jest już ojcem, wie jak smakuje rodzicielstwo. Dla Manueli to zupełnie odmienna ścieżka od już wydeptanych, znajomych. Muszą więc razem przygotować się na spotkanie z Córką. Piotr może być przewodnikiem, ale tylko poniekąd i tylko w wymiarze psychologicznym. A Manuela tego przewodnictwa przecież nie wymaga. Wystarcza jej obecność. Wystarcza miłość.
Manuela z Polą w łonie nie przestaje żyć intensywnie, nie zatrzymuje się, nie kontempluje dłużej niż to konieczne przemian, które się stają. Pracuje nad serialowym scenariuszem, podróżuje, przerzuca się między Polską i Szwecją, Szwecją i światem. I musi podjąć decyzję, gdzie powstanie dom Poli. W spokojnej, bezpiecznej socjalnie Szwecji, czy w zwichrowanej Polce, gdzie można spodziewać się każdej katastrofy, ale trudno oczekiwać nawet namiastki stabilizacji? Gdzie stanie dom?
Manuela Gretkowska odczarowuje ciążę. Osypuje ją z lukru, odsładza. Opowiada o niej, jaka jest w jej indywidualnym doświadczeniu. Mistyczna bywa, ale zazwyczaj po prostu jest. Jest stanem oczekiwania, stanem budowania i często stanem fizjologicznej udręki.
środa, 4 marca 2015
KRYSTYNA JANDA "WWW.MAŁPA.PL" I "WWW.MAŁPA2.PL"
Krystyna Janda jest nie tylko Aktorką, o której pisanie z małej litery byłoby profanacją sztuki. Format jej artystycznego kunsztu i podskórna rzeka entuzjazmu tudzież niewyczerpanego głodu przemierzania najwyższych pasm artyzmu czynią z niej swoisty kwiat paproci. Nie zakwita jednej nocy, ale nie każdy potrafi go rozpoznać i nie każdy się nim zachwyci. Spełnia pragnienia jedynie tym, którzy mają odwagę przeniknąć do jego głębi.
Krystynę Jandę – pisarkę wyróżnia radosny, źrebięcy kult codzienności. Zachwyt nad drobiazgami codziennych zdarzeń, upojenie rzeczywistością w mnogości jej odcieni. Dlatego jej książki, jej subtelne kolaże kartek z dziennika i felietonów mają moc krajobrazów, które przywiązują do siebie na długo. Krajobrazów, do których chce się wracać. Po czystość języka, po precyzję myśli, po domknięte spostrzeżenia, po wyważone, a nie pozbawione pasji refleksje.
W dwóch tomach niepowszedniego dziennika z wojażu przez meandry życia Krystyna Janda odsłania nie tylko wielopłaszczyznowe bogactwo rzeczywistości, w której jest zakorzeniona, ale przede wszystkim fascynującą przestrzeń własnego intelektu. Wiedzie nas przez pokoje domu, przez czułą relację z Mamą, przez spełniony związek z Edwardem Kłosińskim, przez szkolne sprawy synów, przez wieczorne lektury i rozmowy przy stole. Wprowadza czytelnika w teatralne kuluary, do kulis realizowanych właśnie projektów. Podróżujemy z teatrem, stajemy na scenie, gramy u jej boku, albo w jej skórze zgoła. Wracamy, siadamy przy stole, psy urządzają koncert, Mama chce znać szczegóły, Edward opowiada o swoich projektach, synowie chcą wiedzieć wszystko albo nic, bo mają akurat ważniejsze do wyjawienia, głowa ciąży, na sypialnianej półce czekają książki… Dzieje się życie jak wezbrana rzeka. Spada kaskadami, woda się perli, unosi, wibruje. Już jesteśmy w innej podróży. Z Magdą Umer. Wakacje. Plaża, książki, spokój na chwilę, a potem rozmowy, potem pęd po nowe doznania. Trzeba zwiedzić, zobaczyć, choć przecież się było tyle razy już, ale zawsze inaczej jest. Magda ma inną sukienkę, w torbie ciąży inna książka. Owoce smakują inaczej. Inaczej smakuje życie. I oko kamery znów gdzie indziej, wracamy, teatr czeka, w domu czeka Mama, synowie, Edward. Koledzy plotkują, dziennikarze dzwonią. Nowa sztuka, nowe wyzwania, nowe książki na sypialnianej półce. I o wszystkim trzeba opowiedzieć. Wszystko nazwać. Uporządkować na tyle, na ile pozwoli entuzjazm i głód życia, pulsująca pod skórą nieokiełznana pasja.
Te książki zastępują antydepresanty. Te książki mówią: „żyj, czuj, kochaj”. W tych książkach Krystyna Janda nie przekonuje, że życie to bukoliczne Bullerbyn. Ale warto się w nim rozgościć. Warto się w nie wgryźć. Warto iść z nim na materace.
Krystyna Janda jest nie tylko Aktorką, o której pisanie z małej litery byłoby profanacją sztuki. Format jej artystycznego kunsztu i podskórna rzeka entuzjazmu tudzież niewyczerpanego głodu przemierzania najwyższych pasm artyzmu czynią z niej swoisty kwiat paproci. Nie zakwita jednej nocy, ale nie każdy potrafi go rozpoznać i nie każdy się nim zachwyci. Spełnia pragnienia jedynie tym, którzy mają odwagę przeniknąć do jego głębi.
Krystynę Jandę – pisarkę wyróżnia radosny, źrebięcy kult codzienności. Zachwyt nad drobiazgami codziennych zdarzeń, upojenie rzeczywistością w mnogości jej odcieni. Dlatego jej książki, jej subtelne kolaże kartek z dziennika i felietonów mają moc krajobrazów, które przywiązują do siebie na długo. Krajobrazów, do których chce się wracać. Po czystość języka, po precyzję myśli, po domknięte spostrzeżenia, po wyważone, a nie pozbawione pasji refleksje.
W dwóch tomach niepowszedniego dziennika z wojażu przez meandry życia Krystyna Janda odsłania nie tylko wielopłaszczyznowe bogactwo rzeczywistości, w której jest zakorzeniona, ale przede wszystkim fascynującą przestrzeń własnego intelektu. Wiedzie nas przez pokoje domu, przez czułą relację z Mamą, przez spełniony związek z Edwardem Kłosińskim, przez szkolne sprawy synów, przez wieczorne lektury i rozmowy przy stole. Wprowadza czytelnika w teatralne kuluary, do kulis realizowanych właśnie projektów. Podróżujemy z teatrem, stajemy na scenie, gramy u jej boku, albo w jej skórze zgoła. Wracamy, siadamy przy stole, psy urządzają koncert, Mama chce znać szczegóły, Edward opowiada o swoich projektach, synowie chcą wiedzieć wszystko albo nic, bo mają akurat ważniejsze do wyjawienia, głowa ciąży, na sypialnianej półce czekają książki… Dzieje się życie jak wezbrana rzeka. Spada kaskadami, woda się perli, unosi, wibruje. Już jesteśmy w innej podróży. Z Magdą Umer. Wakacje. Plaża, książki, spokój na chwilę, a potem rozmowy, potem pęd po nowe doznania. Trzeba zwiedzić, zobaczyć, choć przecież się było tyle razy już, ale zawsze inaczej jest. Magda ma inną sukienkę, w torbie ciąży inna książka. Owoce smakują inaczej. Inaczej smakuje życie. I oko kamery znów gdzie indziej, wracamy, teatr czeka, w domu czeka Mama, synowie, Edward. Koledzy plotkują, dziennikarze dzwonią. Nowa sztuka, nowe wyzwania, nowe książki na sypialnianej półce. I o wszystkim trzeba opowiedzieć. Wszystko nazwać. Uporządkować na tyle, na ile pozwoli entuzjazm i głód życia, pulsująca pod skórą nieokiełznana pasja.
Te książki zastępują antydepresanty. Te książki mówią: „żyj, czuj, kochaj”. W tych książkach Krystyna Janda nie przekonuje, że życie to bukoliczne Bullerbyn. Ale warto się w nim rozgościć. Warto się w nie wgryźć. Warto iść z nim na materace.
wtorek, 3 marca 2015
JANE AUSTEN "OPACTWO NORTHANGER"
Jane Austen nie przestanie mnie zachwycać. Uwodzić. Urokiem języka, słów dawno zapomnianych. Leniwym stawaniem się zdarzeń powieściowych, oryginalnymi i niepospolitymi rysami fizjonomii i osobowości swych bohaterów. Jakże ona dla nich okrutna, jakże bezlitosna! Jeśli kto szpetny, wytknie mu szpetotę w najdrobniejszym szczególe, jeśli kto głupi, głupotę jego obnaży.
Katarzyna Morland należy do tych heroin, – wszak nie wypada inaczej mówić o bohaterce dziewiętnastowiecznego romansu, – którym los poskąpił urody, ale ten uszczerbek hojnie wynagrodził przymiotami ducha oraz charakteru, a i o intelektualnych zdolnościach nie zapomniał. Jej biografia, obfitująca w podróże, ulotne przyjaźnie z damami i zaloty nielubianych kawalerów oraz tęsknoty za kawalerami owianymi tajemnicą lub ohydną plotką, to przepyszna uczta i rozmigotany bal. Czytasz, nurzasz się w falbanach, koronkach, halkach i kapeluszach, odpracowujesz skomplikowane i upiornie długie tańce, godzinami gadasz ubierając nicość w słowne ornamenty, jedziesz przez jesienne wrzosowiska, podziwiasz wiejskie rezydencje i Chryste Panie!, chcesz tam być. Chcesz, choć na chwilę być tą Katarzyną albo jej amantem, albo jej ukochanym, od którego dzielą ją intrygi, a potem jednak dzieje się magia. Chcesz poczuć tę wspaniałą, wszechobecną nudę.
Nuda. Jakże oni pięknie się nudzili w tej Anglii dziewiętnastego wieku! Spali do południa, śniadali przez godzinę, stroili się przez następną, czytali pięć minut, wyjeżdżali na obiad, wracali, stroili się, jechali na bal, tańczyli, wracali, stroili się, czytali, śpiewali, grali na klawikordzie albo w karty rżnęli aż dymiło, i nie przestawali gadać. Plotki, intrygi, romanse, pojedynki, szaleństwa z miłości, szaleństwa z jej braku, złamane serca, dzieci, mnóstwo dzieci, psy, konie, służba, wydawanie przyjęć, odwiedzanie przyjaciół, rodziny, wizyty trwające miesiącami, niepoliczone atrakcje! Niepoliczone atrakcje w apokaliptycznym lenistwie. Dolce far niente. Oto i cała tajemnica słodkiej nudy.
Katarzyna w samym wnętrzu tego barwnego, koronkowego i upiornie nudnego świata. Waleczna dziewczyna, - uwspółcześnijmy nieco heroinę - z uporem szukająca swego miejsca i swego dopełnienia w sercu mężczyzny. Czy je znajdzie? Warto zajrzeć do tej książki. Warto, żeby poczuć biedę współczesnej literatury. Która takich arcydzieł nie ma już do zaproponowania. Która ujada zamiast mówić.
Jane Austen nie przestanie mnie zachwycać. Uwodzić. Urokiem języka, słów dawno zapomnianych. Leniwym stawaniem się zdarzeń powieściowych, oryginalnymi i niepospolitymi rysami fizjonomii i osobowości swych bohaterów. Jakże ona dla nich okrutna, jakże bezlitosna! Jeśli kto szpetny, wytknie mu szpetotę w najdrobniejszym szczególe, jeśli kto głupi, głupotę jego obnaży.
Katarzyna Morland należy do tych heroin, – wszak nie wypada inaczej mówić o bohaterce dziewiętnastowiecznego romansu, – którym los poskąpił urody, ale ten uszczerbek hojnie wynagrodził przymiotami ducha oraz charakteru, a i o intelektualnych zdolnościach nie zapomniał. Jej biografia, obfitująca w podróże, ulotne przyjaźnie z damami i zaloty nielubianych kawalerów oraz tęsknoty za kawalerami owianymi tajemnicą lub ohydną plotką, to przepyszna uczta i rozmigotany bal. Czytasz, nurzasz się w falbanach, koronkach, halkach i kapeluszach, odpracowujesz skomplikowane i upiornie długie tańce, godzinami gadasz ubierając nicość w słowne ornamenty, jedziesz przez jesienne wrzosowiska, podziwiasz wiejskie rezydencje i Chryste Panie!, chcesz tam być. Chcesz, choć na chwilę być tą Katarzyną albo jej amantem, albo jej ukochanym, od którego dzielą ją intrygi, a potem jednak dzieje się magia. Chcesz poczuć tę wspaniałą, wszechobecną nudę.
Nuda. Jakże oni pięknie się nudzili w tej Anglii dziewiętnastego wieku! Spali do południa, śniadali przez godzinę, stroili się przez następną, czytali pięć minut, wyjeżdżali na obiad, wracali, stroili się, jechali na bal, tańczyli, wracali, stroili się, czytali, śpiewali, grali na klawikordzie albo w karty rżnęli aż dymiło, i nie przestawali gadać. Plotki, intrygi, romanse, pojedynki, szaleństwa z miłości, szaleństwa z jej braku, złamane serca, dzieci, mnóstwo dzieci, psy, konie, służba, wydawanie przyjęć, odwiedzanie przyjaciół, rodziny, wizyty trwające miesiącami, niepoliczone atrakcje! Niepoliczone atrakcje w apokaliptycznym lenistwie. Dolce far niente. Oto i cała tajemnica słodkiej nudy.
Katarzyna w samym wnętrzu tego barwnego, koronkowego i upiornie nudnego świata. Waleczna dziewczyna, - uwspółcześnijmy nieco heroinę - z uporem szukająca swego miejsca i swego dopełnienia w sercu mężczyzny. Czy je znajdzie? Warto zajrzeć do tej książki. Warto, żeby poczuć biedę współczesnej literatury. Która takich arcydzieł nie ma już do zaproponowania. Która ujada zamiast mówić.
poniedziałek, 2 marca 2015
To, co dzieje się w czterech ścianach jest wyobrażalne, znajome i zachwycające. To, co dzieje się poza bezpiecznymi gniazdkami domów wymyka się wyobraźni współczesnego rodzica. Bo Julek i Julka pomysłów mają niewyczerpany skarbiec i to, co wyprawiają pod okiem rodziców może tylko bawić. Ale niespożyty skarbiec otwiera się Julkowi i Julce także poza domem i wówczas dzisiejszemu rodzicowi mina rzednie i włos zaczyna się jeżyć.
Julek i Julka nie mają powodów do niepokoju, nie muszą nikogo i niczego się obawiać. Wyjątek, dla równowagi jedynie, stanowi gospodarski kozioł. Poza tym idylla. Świat, o jakim może daremnie marzyć dziecko naszych czasów, świat jaki był udziałem dzieci epoki przedkapitalistycznej. Julek i Julka wędrują światem kiedy chcą i dokąd chcą. Samodzielnie robią zakupy, wizytują okolicznych gospodarzy i sadowników, przemierzają ulice miasta, jeżdżą z mleczarzem i rozwozicielem szczotek. Ich życie podlega jedynie prawom dnia i nocy. I nielicznych zasad, egzekwowanych przez rodziców. Zawsze z uśmiechem, zawsze z wielką dozą pobłażliwości.
Julkowi i Julce można zazdrościć. Pięknej przyjaźni, w której chłopcu zdarzają się dziewczyńskie pomysły, ale nikt nie wrzeszczy mu nad uchem o ideologii gender i nikt go nie indoktrynuje. Julka miewa pomysły chłopackie i też nikt jej z batem nie ściga. Dzieci mogą być dziećmi, to ich najcenniejszy skarb.
Julek i Julka są dziećmi konkursowymi. Wzorcowymi. Są głodni życia i świata, wszędobylscy, nieustraszeni, zuchwali i łakomi. Jedzą i jedzą, do bólu brzuszka, do szampańskiej radości, bo przecież było warto. I całymi sobą krzyczą do czytelnika: „Gdzie leziesz?! Wracaj z tej nudnej dorosłości! Przypomnij sobie, jak świetnie być dzieckiem!” I wiecie co? Chce się ulec temu wołaniu. Przeciąć siatkę dzielącą od posesji sąsiada, przeleźć, rozdzierając spodnie. Chce się jeść zielone jabłka, skakać po kałużach, mieć za nic odświętne odzienie i po prostu BYĆ SZCZĘŚLIWYM!
Kiedy współczesnemu rodzicowi na tle samotnych wycieczek kilkulatków chwieje się wszystko i brakuje tlenu, dzieje się tak nie z przerażenia, nie z niezgody na fabularne zwroty proponowane przez Autorkę. Dzieje się tak z nostalgii, z dojmującej tęsknoty za minionym beztroskim czasem. Za epoką błogostanu, o której dziś może jedynie czytać.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






